International / Multilingual > Off-topic (polski)

Mój bez tytułowiec:

(1/9) > >>

Tireaniawtu:
Owszem. Taka jest prawda, że mimo pisania tego od pół roku wciąż nie mam tytułu. Wstawiam to co już napisałem + nowe. Proszę o nie pisanie w tym temacie. Jedziemy.


     W życiu nic nie ma za darmo. Kasa nie rośnie na drzewach ani nigdzie indziej. Ludzie przekonali się o tym zwłaszcza w ciągu ostatnich 80 lat. Jeszcze ten legendarny wypadek przy Wrotach. Lecz co się tam naprawdę wydarzyło chyba nikt nie wie. Szacuje się, że na całej planecie pozostało około 50 tys. osób. W tym bandyci, najemnicy korporacji Alaskan i zwykli ludzi.  Tych ostatnich jest ledwo 8000. Porozrzucani tam gdzie tylko da się przeżyć starają się znaleźć dom pośród tego co przeżyło. Opad radioaktywny przetrwały psy, kruki, mrówki, nietoperze i co chyba najbardziej oczywiste... karaluchy. Jednak to, że żyją miało swoją cenę. Sporo urosły, a ich ciała uległy mutacji. Kruki wyglądają jak orły, a nietoperze jak pterodaktyle. Najdziwniejsze było to, że pojawili się kosmici. Stwory te nazwano Dymirianami. Nie wiedzieć czemu usunęli wszystko co było radioaktywne. A ja? Kim ja jestem? Całe życie musiałem uciekać, przez swoją inność. Dopiero teraz mogę zacząć wszystko od nowa. - odłożył długopis i przeczytał list od nowa. Jackal nie wiedział co jest nie tak z tym co napisał. Wyjął zapalniczkę i podpalił kartkę, która w jednej chwili zniknęła w płomieniach.
- Czemu to robisz? - zapytał barman. - Przychodzisz, piszesz coś, a po chwili wszystko ląduje na moim parkiecie.
- Nie wiem. - odparł. - Nie wiem...
     Już miał wypić do końca szklankę whisky, gdy do salonu wpadł jakiś facet i wrzasnął:
- Jackob przyjechał!!!
     W przeciągu kilku sekund bar opustoszał. Został tylko barman i on samotnie siedzący przy ladzie. Nie śpiesznie dopił trunek, założył okulary przeciwsłoneczne i wyszedł. Udał się na spotkanie z tym kogo szanowało całe miasto i kto właśnie wrócił. Jackob był bowiem kimś jak kupiec czy dostawca, który stacjonował właśnie w Hotrock. Gdy zaczynało czegoś brakować wskakiwał na swoją budę na kółkach i jechał do centrali. Żywność, papierosy, alkohol, broń, amunicja; wszystko to tam było. Mało kto wiedział gdzie ona się znajduje. Jeśli jednak jakaś wioska znajduje się w spisie centrali otrzymuje wówczas łącznika. Oczywiście nie za darmo.
     Po 30 minutach cały zapas papierosów został wykupiony. Została też tylko połowa alkoholu, z czego część pójdzie do baru. Jackal podszedł do przyjaciela, gdy odeszła ostatnia osoba.  Jackob był nie za chudym facetem, średniego wzrostu, z dużym orlim nosem.
- Widzę, że nadal nie brak Ci klientów. - powiedział.
- To prawda - po chwili wyjął czarną skrzyneczkę i położył ją na ziemi. - Oto twoje zamówienie: 60 sztuk amunicji do snajperki, 50 sztuk do rewolweru i 20 do strzelby. Łącznie... 360 dolarów. I dodatek dla stałego klient: Butelka whisky
- Dzięki. To twoja forsa.
- Miło się robi z tobą interesy. A właśnie... Jeśli chcesz trochę zarobić wpadnij do mnie z rana.
     Jackal kiwnął głową na znak zrozumienia, wziął skrzynkę i wrócił do domu. Zdjął płaszcz, okulary, usiadł przy stole i zaczął liczyć pociski. W tych czasach każda kula była niemal na wagę złota. Gdy skończył było już późno. Przeczyścił szybko broń i położył się spać.
   Posłuchaj mnie. Wiem, ze nie masz żadnych podstaw, aby mi zaufać, ale potrzebuję twojej pomocy. Kim ja jestem nie jest teraz istotne. Za kilka dni spotkasz wyjątkową osobę. Ona wyjaśni ci więcej szczegółów i… - obudził się.
Cholera co to było? – pomyślał. Popatrzył na stół, gdzie stała butelka, którą dostał poprzedniego dnia. Była opróżniona do dna.
Muszę mniej pić. – stwierdził. Był już ranek, dlatego nie próbował zasnąć. Ubrał płaszcz, wziął broń  i poszedł do Jackoba. Po drodze zauważył, że ktoś go śledzi. Cały czas szedł do celu z palcem na spuście. Gdy doszedł do drzwi sklepu gwałtownie się obrócił i wycelował w… pustkę… Nikogo za nim nie było. Poczekał przez chwilę w tej pozycji, lecz jedyną zmianą był wiejący wiatr. Schował broń i wszedł do środka.
- Tak myślałem, że zaraz się zobaczymy. – powiedział Jackbo witając przyjaciela ruchem ręki.
- Do rzeczy. Co masz tym razem?
- Na północ od Hot rock mieszka facet imieniem Nicholas. Jakiś czas temu kupił ode mnie trochę broni amunicji dla swojej grupy. Jest mi winien jakieś dziesięć tysięcy.
- Mam to od niego wyegzekwować, a jak nie to…
- Tak. Dostaniesz 10% i butelkę whisky…
- I ewentualny zwrot zużytej amunicji.
- Umiesz się targować, co? Niech będzie, ale kasa ma się jeszcze dziś u mnie znaleźć.
   Jackal kiwnął głową i wyszedł.
- Eh… biedni kolesie – pomyślał Jackob.
   Na dworze nadal nikogo nie było. Niewiele myśląc wrócił do domu i zabrał zapas amunicji. Wiedział, że po dobroci nie otrzyma gotówki. Gdy był już obok bramy miasta zauważył osobę, która go śledziła. Już chciał wrócić i zadać kilka pytań, ale jak miał w zwyczaju mawiać: Kasa nie rośnie na drzewach. Ta myśl przemknęła mu przez głowę, po czym ruszył dalej. Przed nim były cztery godziny marszu, nie wliczając powrotu i czasu na strzelaniny. Tak, strzelaniny. Nie tylko ludzie muszą jeść. Fauna też żyje. Na razie jednak nic go nie zaatakowało. Szedł już od około godziny, lecz nagle coś zauważył. Kucnął za wzniesieniu przyłożył lunetę do oka i delikatnie się wychylił. Zobaczył trzy przerośnięte karaluchy, pieszczotliwie nazywane „żuczkami”. Ich obecna nazwa zmieniła się na biksy. Wyglądem mało się zmieniły. Miały trzy pary długich kończyn, gruby pancerz i paskudną mordę. Ich inteligencja znacznie wzrosła. Najgorsze jest to, że polowały stadami nawet po 20 osobników. Wiedział, ze jeśli go zauważą to zawołają resztę, i będzie ich trzy, cztery razy tyle. Plusem było to, że były kompletnie głuche. Poczekał, aż dwa trochę odejdą i strzelił. O jednego mniej. Trudno było nie trafić z pięćdziesięciu metrów w cel wielkości opony samochodowej. Ta sama taktyka poskutkowała na pozostałe robale.  Teraz wystarczyło tylko przemknąć się po cichu. Z tym nie było kłopotów. Dalej, aż do obozu dłużnika nic nie napotkał.

Tireaniawtu:
Gdy był na wzgórzu obok obozowiska, usiadł i obserwował potencjalnych wrogów. Po piętnastu minutach znał obraz sytuacji.
Piętnastu ludzi, dwa karabiny maszynowe, jedna wyrzutnia rakiet, dwanaście szturmówek. Bywało gorzej. – pomyślał. Jeszcze raz dokładnie obejrzał teren. Założył snajperkę na plecy i poszedł do wejścia frontowego.
- Co się stało? Zgubiłeś się? – usłyszał Jackal stając przed bramą.
- Ja do szefa, jestem od Jackoba. – odpowiedział.
   Było ich dwóch. Obaj uzbrojeni w tanie pistolety maszynowe.
- Od Jackoba powiadasz. Poczekaj chwilę. – kiwnął głową na drugiego, a ten wszedł do budki. Po sekundzie Kraty rozsunęły się. Wszedł do kampusu. Wewnątrz stało kilka namiotów. Na samym końcu stał Nicholas. Był wysokim mężczyzną z chustą na twarzy i wygoloną głową.
- Wiedziałem,, że do tego dojdzie. – Rzekł. – Jackob ma obsesję na punkcie forsy. Nie poczekałby kolejnego dnia. Dostałby zaraz apopleksji, albo co innego… Ile mu jestem winien?
- Dziesięć tysięcy. – odparł ze spokojem Jackal.
- Ach tak. A co jeśli nie zechcę zapłacić?
-Mam mu forsę przynieść jeszcze dziś. Nic nie wspomniał o metodach jakie mam użyć. – mówiąc to odsłonił płaszcz pokazując rewolwer.
- Ciekawe – szepnął Nicholas – Niestety nie mam teraz tyle. I co teraz?
-Teraz… masz problem…
   Jackala zalała fala śmiechów, lecz nie wzruszony ciągnął:
- Póki daję wam ostatnią szansę skorzystajcie. Oddaj kasę…
   To rozśmieszyło ich jeszcze bardziej.
- Nas jest piętnastu, a ty tylko jeden. Wszystkich nie pokonasz!
- Ostrzegłem… - Następne zdarzenia trwały w sekundach, lecz dla Jackala była to wieczność. Wyjął rewolwer i oddał pięć strzałów. Namiotów było tyle samo, a stały w okręgu. Z tyłu przy wejściu stał facet z rakietnicą. Pierwsze trzy pociski trafiły w beczki z benzyną koło namiotów. Już dziewięciu pożegnało się ze światem. W między czasie Jackal uchylił się przed rakietą, która trafiła czwarty namiot, posyłając kolejnych trzech w zaświaty. Czwarty strzał trafił w nogę Nicholasa, zaś ostatni powitał wnętrzności czaszki bandyty z wyrzutnią. Teraz ze spokojem podszedł do Nicholasa i powiedział:
- Ciesz się, ze chciałem cię tylko uszkodzić. Nie odstrzelić nogę. A teraz jeszcze raz – przystawił mu broń do głowy i kontynuował – To gdzie jest forsa?
- Budka przy bramie… sufit…
- Dziękuję – Schował broń i poszedł do owej budki. Nie było już przy niej strażników. Nicholas wyciągnął broń i krzyknął:
- Idź do… - Nie zdążył skończyć i oddać strzału. Było słychać już tylko jego wrzaski.
- Diabła? – dokończył Jackal - Pozdrów go ode mnie.

Tireaniawtu:
   Rzeczywiście pieniądze ukryte były w schowku w suficie. Równo dziesięć tysięcy. Teraz trzeba było tylko wrócić do Hotrock. Po przejściu kilkudziesięciu kroków „wylądowała” przed nim broń. Był to rewolwer o numerze seryjnym RVST09476. Po wybuchu i powstaniu centrali ustalono wspólny dla wszystkich firm system numeracji oraz kaliber. Pierwsza i druga litera broni oznaczały rodzaj broni. Trzecia i czwarta firmę. W rezultacie było bardzo łatwo sprawdzić co trzyma się w ręce. Produkowano setki przenośnych pagerów z czytnikami. Wystarczyło tylko przyłożyć kod i wyświetlały się informacje o broni. Jackal wyjął swój czytnik i postanowił dowiedzieć się nieco więcej. Już po wyglądzie wiedział, że nie jest to cud techniki. I rzeczywiście tak było. Zainteresowała go jednak szacowana wartość. Przy tym napisie wyświetliła się liczba 158. Schował rewolwer do plecaka i ruszył do miasta. Kolejnym udogodnieniem było ustawienie automatów, które dzięki wysokiej jakości elektronice były połączone z centralą. Można w nich było kupić niemal wszystko. Niestety cena była zwykle dwa, trzy razy większa niż w sklepie. Można też było w nich sprzedawać znaleziska. Taką to maszynę spotkał Jackal wracając. Tylko czemu stała pośrodku pustkowia? Ciekawiło go to przez krótki moment, po którym postanowił zarobić magiczną kwotę z pagera. Gdy odszedł od pudła wyjął kawał mięsa i rzucił w górę.
- Dobra robota. Oto twoja zapłata. – powiedział. Jedzenie leciało przez chwilę, po czym zostało schwytane i zniknęło. Niektórzy widzieli tę sytuację, ale nie wiedzieli co to było. Tych parę godzin szybko minęło i nim się obejrzał, był w mieście.
   - Nie do cholery, nie! Radovy z lewej, a Stormsy do piwnicy! – Krzyknął Jackob na pracownika. Po sekundzie przyszedł drugi ze skrzynką, która szybko wylądowała na podłodze.
- Gdzie to zanieść? – spytał. Jackob usłyszał, że coś uderzyło o ziemię oraz pytanie. Odwrócił się i zobaczył co to było. Od razu rzucił się za ladę.
- Szefie?
- Chcesz nas wszystkich pozabijać? Zobacz napis na tym.
   „Śmiałek” obrócił skrzynię, a Jackob widział jak w jego oczach pojawia się przerażenie. Słowo składało się z siedmiu liter, które tworzyły napis: Granaty. Czasem bywało, że zbyt silny wstrząs uszkadzał detonatory czasowe, co powodowało samo eksplozję.
- I co teraz? – spytał jąkając się.
- Co, co… Na twoje szczęście nic.. Centrala wie jak pakować takie rzeczy. Do sejfu z tym. I raczej nie rzucaj już tą bombą.
- Tak, tak…
- Kiedyś zginę przez nich. – szepnął. Nagle zaczęły skrzypieć drzwi. Zatrzasnęły się.
- A jednak zdążyłeś. Jest ledwo siedemnasta – ciągnął Jackob. Jackal podszedł do lady i położył na niej pieniądze.
- Oto twoje 10% i…
- Nie tym razem Jackob. Mam ostatnimi czasy jakieś dziwne sny przez tą whisky.
- Jak chcesz… Weź chociaż to… – wyją z pod lady granat i podał go.
- Prosto z centrali co?
- Tak. Ile jestem ci winien amunicji?
- Pięć do rewolweru i trzy do snajperki.
- Hehe… Jak zwykle oszczędnie…
   Teraz podał mu pociski. Siedzieli jeszcze parę godzin i rozmawiali. Później Jackal wrócił do siebie i położył się spać.

Tireaniawtu:
- Posłuchaj mnie. Wiem, że…
- Szlag. Znów ten sen. – pomyślał. Nie wiedział, czy wariuje, czy rzeczywiście, ktoś chce się z nim skontaktować. Jedynym plusem tej sytuacji było to, że to coś nie było spowodowane przez whisky. Zatem mógł pić dalej. Był zbyt zmęczony by to rozszyfrowywać. Szybko zasnął, a sen już go nie dręczył.
   Rankiem postanowił rozwiązać zagadkę opuszczonej skrzynki. Najpierw jednak zajrzał do Jackoba, Gdy wszedł do sklepu spytał:
- Masz coś nowego? – W odpowiedzi zobaczył jak jego kolega potrząsa głową. Ruszył więc do swojego celu. Wychodząc z miasta widział jak coś krąży nad horyzontem. Gdyby myślał nad wszystkimi dziwnymi rzeczami, wówczas nie miałby czasu na nic innego. Dlatego uznał to za nie godne uwagi. Szedł powoli mijając kolejne skały. Od opadu większość z nich miała odcienie od żółci, aż po brąz. Gdy miał w zasięgu wzroku owy obiekt stało się coś co go bardzo zaskoczyło. Na horyzoncie pojawiła się ta sama sylwetka, którą zauważył przed wyprawą. Z początku sądził, że to warz. Jeden z tych zmutowanych nietoperzy. Jednak po krótkiej obserwacji stwierdził, że to bardzo duży obiekt. Co gorsza leci prosto na niego. Szybko wyciągnął broń i schował się za skałą. Po kilkunastu sekundach potężny wstrząs uniósł w powietrze mniejsze kamyki. Było też słychać głośne sapanie, które szybko ustało. Odczekał minutę i postanowił się wychylić. Powoli zerkał coraz to odważniej , lecz jedyną rzeczą jaką ujrzały było puste pole, pełne kamieni i piasku. Nagle ogłuszył go przerażający ryk. Odwrócił się instynktownie, a jego oczom ukazała się… głowa smoka. Reszta cielska wyszła zza głazu na silnych czterech łapach. Smok był koloru brązu zmieszanego z oliwkowym. Miał siarczyście żółte oczy i ciemno czerwony grzebień ciągnący się od czubka głowy, aż po koniec ogona. Jackal wstając bardzo powoli patrzył się prosto w oczy stworzenia. Dostrzegł w nich coś ludzkiego. Moment później dowiedział się co to było. Smok przemówił do niego:
- Witaj Jackalu. Szukałam ciebie.
- Skąd znasz moje imię? – To pytanie nurtowało go bardziej niż to skąd zwierze umie mówić.
- Stąd – ciągnął ze spokojem – że to ja mam ci wyjaśnić szczegóły. A teraz radzę ci zamknąć oczy.
   Jackal przymknął oczy, lecz to nie wystarczyło. Nagły błysk oślepił go chwilowo. Gdy jego oczy doszły do siebie ujrzał kobietę. Średniego wzrostu, o smukłej posturze. Tak jak jej poprzednia forma miała żółte oczy i czerwone włosy. Miała na sobie koszulkę, dżinsy i ciężką kamizelkę wojskową rozpiętą całkowicie. Podeszła do niego i lekkim, ale stanowczym głosem przedstawiła się:
- Jestem Kendra. Drugie ogniwo. Przydział zachodni. Zaraz ci wszystko wytłumaczę ale zejdźmy z widoku… i słońca.

Tireaniawtu:
Mam dziś dobry humor, więc wstawię wam dalszą część  :).


   Jackal założył okulary przeciwsłoneczne i odpowiedział.
- A gdzie chcesz się schować? Gdzie nie spojrzeć tam piach. – Kendra nie odpowiedziała. Ponownie błysło. Przed nim znów stał gad.
- Wsiadasz czy zasuwasz z buta? – spytała. W tej formie jej grzbiet był na wysokości czubka głowy dorosłego mężczyzny.
- Nie pomożesz mi wejść?
- Ja tu jestem facetem? – odpowiedziała zirytowanym tonem. Nie zastanawiając się długo wdrapał się na górę po wyrostkach na jej łapie. Gdy tylko wygodnie siedział Kendra zaczęła biec i machać skrzydłami, aż ostatecznie wystartowała.
- Możesz się zamieniać w coś jeszcze? – spytał.
- W każde żywe stworzenie.
- Zatem czemu akurat smok? – dopytywał.
-Z kilu powodów. Po pierwsze: Wygoda i szybkość poruszania się. Dwa: Tylko pociski z działek mogą mi zaszkodzić. Trzy: Mogę ziać ogniem i nie tylko. Cztery: Myślisz, że ktoś będzie na tyle głupi, żeby walczyć ze smokiem?
 Jackal uśmiechnął się lekko. Lecieli jakiś czas, aż dotarli do opuszczonego hangaru. Po wylądowaniu weszli do środka. Był tam jeden mężczyzna. Był normalnej postury, ubrany w szerokie spodnie i koszulkę. twarz miał zasłoniętą, przez maskę pracowniczą. Po postawieniu pierwszego kroku Jackal zatrzymał się. Nie dlatego, że chciał, ale nie mógł iść dalej. Ten przestał rysować i spytał:
- Kendra to on?
- Ta. Puść go.
   Jackal Odzyskał władzę w ciele. Podszedł do niego i powiedział:
 - A ty jesteś…?
- Travis. Ogniwo trzecie. Przydział wschodni. Podobno nieźle strzelasz.
   Jackal popatrzył się za niego. Szybkim ruchem wyciągnął broń i trafił w sam środek puszki stojącej na drugim końcu hangaru.
- Trochę lepiej niż nieźle – poprawił go – Kendra umie się zmieniać w zwierzęta… Dobra.
A ty?
- Jak myślisz czemu nie mogłeś się ruszyć?
- Rozumiem hipnoza na odległość.
- Nie do końca. Umiem panować nad materią organiczną. Jednak z ograniczeniami. Mam kontrolę jedynie nad ludźmi. Im silniejszy umysł, tym mniej mogę.
   Rozmawiali o swoich umiejętnościach i ich pochodzeniu. Jackal się wyćwiczył. Travis jest związany z anomaliami genetycznymi. Kendra korzysta z kryształu starego jak świat. Dosłownie. Nagle uświadomił coś sobie.
- Jest ogniwo drugie i trzecie. A gdzie pierwsze?
- Tutaj. – odpowiedział ciężki silny głos zza jego pleców. Z cienia wyłoniła się ogromna umięśniona postać.
-  Mam na imię Richard. Ogniwo pierwsze. Przydział północny. Rozumiem – zwrócił się do reszty – że już mu wszystko wyjaśniliście?
- Jeszcze nie – odpowiedziała Kendra – Czekamy na nią.
   Jackal domyślił się, że chodzi o tą osobę, którą widział w snach.
- Richard. A ty co potrafisz? – ten popatrzył na stół, który stał obok niego i się zamachnął. Wtem, zamarł.
- Nie do cholery! – wrzasnął Travis – Nie będę składał siódmego stołu. Tam masz coś lepszego – wskazał na stojący pionowo, zabetonowany słup wystający na wysokość jednego metra. Puścił przyjaciela. Richard podszedł do niego i uderzył w sam czubek słupa, który nagle skurczył się do kilku centymetrów. Jackal był pod wrażeniem.
- To nie wszystko. Jednak teraz nie ma powodu by to pokazać. – rzekł Richard ściągając rękawiczki.
- Już czeka – powiedziała Kendra.

Navigation

[0] Message Index

[#] Next page

Go to full version