International / Multilingual > Off-topic (polski)

Twórczość Kxra

(1/2) > >>

Eltusiyu:
Póki co, to część mojego opowiadanka w świeie, który stworzyłem. (Tworzę :P )
Jednak jestem początkującym pisarzem i pomimo jak najlepszych chęci różnie wychodzi, więc postanowiłem swoją przygodę z pisaniem rozpocząć od kilku luźnych opowiadań osadzonych w owej krainie :)

Oto fragment jednej z nich:
http://kvornoth.wordpress.com/2011/05/16/aaron-lokthor-i/

Miłej lektury!

Wszelka krytyka mile widziana


Mój Blog: www.kvornoth.wordpress.com

PS. Tworzę do niej język :) Pod koniec tego tygodnia (jak się wyrobię) wrzucę coś do looknięcia :)

Tireaniawtu:
Ładnie :). Szykuje się średniowieczny Blade jeśli się nie mylę.

Eltusiyu:
To jest tylko takie luźne opowiadanko :P raczej to będzie 10-20% całości.
Jest osadzone w moim świecie- miasto :) ale nie wiem, czy wampiry w nim bd.
Raczej traktuję to jako rozgrzewkę :)

Eltusiyu:
Wyciągnąłem schowany w lewym rękawie nóż i rzuciłem się na napastnika. Gdy ten  zrozumiał co zamierzam uczynić,  złapał za krzesło, które stało przy stole, zaraz po jego lewicy. Ruszył w moją stronę. Zamachnął się i cisnął z całej siły  nim we mnie. Jednak zdążyłem się usunąć. Podbiegłem do niego. Odepchnąłem jego rękę, żeby odsłonić ciało i zatopiłem nóż w jego ramieniu. Gdy poczuł ukłucie odsunął się ode mnie. Wykorzystałem to, żeby odskoczyć na bezpieczną odległość. Usłyszałem jak przeraźliwie zawył. W jego ciemnych oczach zapłonęła rządza mordu. Wiedziałem, że już nie ma ucieczki. Był tylko on i ja. Cały świat się gdzieś rozmazał. Serce mi waliło. Oblany byłem potem na całym ciele. Oboje wiedzieliśmy, że dzisiejszej nocy, w  najlepszym wypadku, tylko jeden z nas opuści karczmę. Obrzuciłem wzrokiem sale. Nikt się nie ruszył, by pomóc osiłkowi.
-To dobrze- Pocieszyłem się w myślach , wyciągnąłem stalowy miecz wiszący u mojego pasa i wymierzyłem w stronę przeciwnika.
-To koniec!- krzyknąłem, poczym ścisnąłem dłoń na rękojeści tak mocno, że i mnie uwierało. Zacząłem biec pomiędzy stołami w stronę pijanego jegomościa. Ten wyrwał nóż z własnego ramienia i przyjął postawę obronną. Zasłonił się zdrową ręką tak, żeby mógł odpierać ataki. Posłał mi wredny uśmieszek i splunął w moją stronę.  Szybko uskoczyłem, dałem susa na blat i rzuciłem się na niego, wyprowadzając cięcie w tej samej chwili. Nie spodziewał się takiego ataku i nie zdążył go odparować.
Wylądowałem na jego torsie, zatapiając w nim miecz. Oczy otworzyły mu się szeroko. Miałem niezbite wrażenie, że chciał coś powiedzieć, ale chyba wbity w jego klatkę piersiową oręż nieco mu utrudniał zadanie. Zepchnął mnie z siebie i spróbował stanąć o własnych siłach.
   Z ciekawością obserwowałem to zjawisko. Gdy to mu się udało, postanowiłem pomóc i zakończyć  jego męczarnie. Oddałem celne kopnięcie we wbity w jego cielsku miecz, który wbił się jeszcze głębiej. Od uderzenia padł na podłogę. Przez chwilę dławił się krwią, szarpał. Jednak jego walka nie trwała długo.
Podbiegłem do zwłok, wyciągnąłem broń , przyjąłem postawę gotową do odparcia kolejnych ataków. Oddech miałem ciężki a serce mi tłukło jak szalone. Mięśnie drżały  z wysiłku . Spodziewałem się najgorszego. Obawiałem się, że jego kumple zechcą się zemścić. Jednak żaden zamach na moje życie nie nastąpił. Część biesiadników, do których dotarło to co się wydarzyło właśnie wydarzyło, uciekła z knajpy. Porzucili jedzenie, nawet ubrania, żeby się ratować. Złapałem kilka głębokich wdechów i zrobiło mi się lepiej. Uspakajałem się. Jednak byłem czujny. Wiedziałem, że wieczór dopiero co się zaczął. Odważni, którzy zostali wściekle na mnie wściekle patrzyli. Rozejrzałem się. Karczmarz zrobił się biały na twarzy. Spodziewał się najgorszego. Cały się trząsł. Upuścił szklankę, do której lał piwo. Wyjął z za kontuaru miecz i pogroził nim potencjalnym rozbójnikom. Wyszedł na środek i zawrzeszczał:
- Wy!! Wynoście się stąd wszyscy!! Karczma zamknięta. Następny, kto podniesie broń, zginie z mojej ręki, a ty- tu wycelował w moją szyje ostrzem- nigdy się tu nie pojawisz! No chyba, że życie ci niemiłe - powiedział groźnym  głosem.
Zrobił się purpurowy na twarzy i ruszył w stronę ciała, które leżało pośrodku kałuży krwi.
Zabrakło mi słów, a dalszych nie przyjemności nie szukałem, zdecydowałem się wycofać. Kierując się w stronę drzwi, mój wzrok powędrował po całej sali.  Doliczyłem się jeszcze sześciu mężczyzn i jednej kobiety. Siedziała w stole, który się mieścił przy wejściu.  Nie pamiętałem, żeby wchodziła ani była tu wcześniej. Musiała przyjść niedawno. Jej wygląd nie pasował do tak obskurnej budy. Burza jasnych rozpuszczonych włosów, niebieskie oczy, pełne usta. Wyglądała na młodą, jednak w przypadku kobiet, pozory mogły mylić. Ubrana była w zieloną szatę, długą aż do stóp, z wyhaftowanymi, złotą nicią, dziwnymi wzorami.  Ubiór nie ukrywał jej kształtów, które były kuszące.
 Zastanawiałem się co osoba jej pokroju robi w takim miejscu. Mimo masakry, która miała miejsce przed chwilą, nie wyglądała na wystraszoną. Wręcz przeciwnie. Miałem wrażenie, że dobrze się bawiła oglądając walkę. Jej kpiący uśmieszek tylko potęgował moje uczucie. Wstała, puściła mi oczko i opuściła tawernę. Ruszyłem za nią.

Tireaniawtu:
Doszukałem się 2 powtórzeń:


--- Quote ---Część biesiadników, do których dotarło to co się wydarzyło właśnie wydarzyło, uciekła z knajpy.
--- End quote ---

Drugi gdzieś mi uciekł.

Navigation

[0] Message Index

[#] Next page

Go to full version