International / Multilingual > Role Playing

AVATAR - Prolog [RPG] sesja otwarta

<< < (2/17) > >>

Na'rìngyä vrrtep:
Parker Selfridge
Parker właśnie się obudził.
-...ech, dzisiaj przybywa transport, a to oznacza mnóstwo roboty, awantur i dyskusji -pomyślał Sefridge, powoli wygrzebując się z pościeli- Już widzę twarz Grace.Już słyszę te słowa...
Parker wstał wreszcie z łóżka, ubrał się, ukończył poranną toaletę i bez ociągania udał się do centrum dowodzenia.
-Miley, kiedy ma przybyć transport?
-Za jakieś 4 godziny, statek już orbituje.
-Przygotować się, odprawę dla nowych poprowadzi Quaritch, potem macie tu przysłać tego, jak mu tam... Bakera -Parker ziewnął- Liczę że tym razem nie będziemy mieli opóźnienia z załadunkiem unobtanium?
-Nic na to nie wskazuje, wszystko jest już przygotowane
-To dobrze -Parker zakończył rozmowę i udał się do swojego biura
----------------------------------------------
Mat Baker, godzina
Mat otworzył oczy, czuł się okropnie, jak pobity na kacu. Po chwili zorientował się w sytuacji. Znajdował się w cryo-kapsule. -
To niesamowite jak szybko minęły te 4 lata - pomyślał Mat.
cryo-trumna zaczęła się powoli wysuwać, do Mata podleciał jeden z członków załogi
-Witaj, jak się czujesz? Zawroty głowy? Nudności?
-ooo, ... wiesz co, sam nie wiem, nie czuję się najlepiej...
-To nic niezwykłego, weź swoje rzeczy z szafki i przygotuj się, niedługo wyruszacie.
Mat szybko zabrał swój bagaż i udał się do punktu zbiórki. Tam już na niego czekano.
-Jesteście wszyscy? Widzę że tak. -krzyknął jakiś człowiek- Nie ma na co czekać, ładujcie dupy do Walkiri i lecimy, nie możemy zwlekać.
Mat razem z innymi udał się do promu, wiedział, że niedługo znajdzie się u celu swojej podróży, na Pandorze.
------------------
Mat Baker
Valkiria zbliżała się do powierzchni.
-To jest to, panowie, Pandora! -krzyknął kapitan- przygotować swoje exopacki!
-Założyć maski, zbierać swoje zabawki. Nie będę czekał aż łaskawie ruszycie swoje dupy! - pokrzykiwał kapitan chodząc pomiędzy pasażerami promu.
 -Szlachta też się nie obija. Tu nie ma lokaja który zaniesie twoje graty do pokoju. -widać było że kapitan wyraźnie nie przepadał za Samsonem.
Prom wylądował, wszyscy natychmiast udali się do wyjścia i w szybkim tępie, udali się w kierunku głównego wejścia do bazy.
-Odprawa odbywa się w stołówce, macie się tam udać -głos ten dochodził zza pleców Mata
Mat nie zwrócił uwagi na incydent w wykonaniu Samsona i kilku innych. Quaritch już na nich czekał...
--------------------
Parker Selfridge & Mat Baker,
Po odprawie, Mat udał się do centrum dowodzenia.
-Cooooo?! Nie, nie ,nie -krzyczał Parker- znowu opóźnienie, znowu skargi! Ci Na'vi stają się chyba dla was jakąś cholerną wymówką! Boże, daj mi siłę... O to ty jesteś ,Baker?
-Sir, tak ,sir!
-ekhm, nie jestem pieprzonym żołnierzem, nie zwracaj się tak do mnie, mogę być dla ciebie panem Selfridge, lub po prostu Parkerem - choć jeszcze nie wiem czy lubię cię na tyle byś zwracał się do mnie na ty. Baker... sytuacja na Pandorze jest ciut napięta. Potrzebujemy zmian, nowych rozwiązań. A ty jesteś częścią z nich. Mam dla ciebie szereg zadań "specjalnych" - ale to może poczekać. Dam ci na początku trochę czasu na przyzwyczajenie się. -Parker podszedł do okna- Masz wszelkie upoważnienia od najwyższego dowództwa RDA - tym samym znalazłeś się pod moimi rozkazami. To dość proste, z reguły wszystkie avatary podlegają sekcji naukowej z dr. Grace na czele - wyjątkowo nieprzyjemna kobieta. Radzę ci się zaopatrzyć w zatyczki do uszu. A teraz będzie szczególnie niezadowolona. Avatar poza jej kontrolą. Już odmówiła pomocy - nikt z jej ludzi ci teraz ni pomoże, jesteś zdany na siebie, na mnie i na jeszcze kilku. Nie bój się, przydzielę ci kilku świeżo przeszkolonych ludzi, powinni się postarać by twój mózg w trakcie połączenia się nie ugotował. -Parker odwrócił się do Mata- Teraz udaj się do sekcji naukowej, znajdziesz tam jednego z moich ludzi - nazywa się Carson. Będzie twoim przewodnikiem. Pierwszego połączenia z twoim avatarem będziesz mógł dokonać wieczorem. Teraz możesz porozglądać się po bazie, do zobaczenia.
-tak jest s... , ok Parker
-no,no! -mruknął Selfridge z lekkim uśmieszkiem na twarzy
Baker oddalił się.
-Do ciężkiej cholery, co się tam znowu dzieje! -krzyknął Parker spoglądając w jeden z monitorów...
--------------------
Mat Baker
Tuż po rozmowie z Selfridgem
Baker właśnie podziwiał bazę, jej uroki, cudowne rozwiązania - technologię, która często była przeżytkiem na Ziemi, ale tutaj wydawała się pasować idealnie. Po obiedzie, który nie był zbyt smaczny, choć i tak zdecydowanie lepszy niż to czym był karmiony na Ziemi - przypadkowo natknął się na płk. Quarticha.
-Ach, więc to ty jesteś Baker, tak? Pierwszy avatar - nie naukowiec. To daje nam nadzieję, że te miliardy zainwestowane w ten żałosny program, wreszcie się czemuś przysłużą.
-Tak sir, ale przepraszam - wtrącił się Mat- cały czas nie znam celu swojej misji, to znaczy nikt mi nie powiedział co ja tutaj właściwie robię.
-Wiem o tym, widzisz, jestem w temacie, nic ci teraz ni zdradzę, ale muszę powiedzieć, że będziemy ze sobą współpracowali - czy się to Selfridgowi podoba, czy nie.Zresztą beze mnie byście sobie tutaj nie poradzili, jako szef ochrony, odwalał większość brudnej roboty w tej bazie. Dam ci przykład, chwilę temu mieliśmy "wypadek", straciliśmy kontakt z jednym z posterunków, daleko w lesie, najbliżej terytorium Na'vi. Nie mamy dowodów, ale jestem pewien że to te niebieskie sukinsyny są za to odpowiedzialne. Na miejscu nic nie znaleźliśmy, a zniszczenia nie wskazują na atak żadnego znanego nam tu zwierzęcia. Ciał nie odnaleźliśmy... Cholera. To wszystko jest nie tak!
-sir?
-Dobrze Baker, masz trochę wolnego czasu, idź poćwiczyć, w sektorze E-9, znajduje się pole ćwiczeń. Możesz tam strzelać z dowolnej broni, do woli, ćwiczyć swoje zdolności w kierowaniu AMP, a nawet potrenować latanie. Tutaj używamy Scorpionów, miałeś z nimi styczność?
-nie sir, na Ziemi ten model uchodzi za przestarzały.
-Wiem że masz duże umiejętności w wielu dziedzinach, możliwe że przydasz nam się tu, nie tylko w ciele tego twojego "avatara". Brakuje nam ludzi! Dobrze, nie mam dla ciebie więcej czasu - odmaszerować. -Tylko się nie zastrzel - krzyknął Quaritch za odchodzącym Matem
------------------
Parker Selfridge,
Quartich, zaraz po rozmowie z Matem, udał się do Parkera.
-...nie muszę być specjalistą by wiedzieć kto to zrobił, Quaritch, uważaj! Przekraczasz swoje kompetencje, ocierasz się o niesubordynacje! -krzyknął zdenerwowany Parker
-Nie pozwolę by te małpy, bezkarnie zabijały naszych ludzi! Nie będziemy dłużej odwlekać tej rozmowy. Ta twoja dr. Augustine niby coś robi, szkoda tylko że nie widać żadnych efektów.
-Wiem o tym, jednak prócz pisania do zarządu, nie mogę nic zrobić, mam związane ręce. A dobrze wiesz że atak na Na'vi w jakiejkolwiek formie, może się skończyć tragicznie.
-To co do cholery mamy robić według ciebie? Rozebrać się, wejść do lasu i błagać o litość? he? -Quartich uśmiechnął się
-Hehe, utrzymuję rozkaz pułkowniku, żadnej wojny. Nie mamy na to sił, ani środków. Jednak ten nowy...
-Baker
-Właśnie, Baker, może okazać się przydatny i to w znacznie większym stopniu niż przypuszczaliśmy
-Dobrzeee, ale Parker, nie przeciągaj struny, nie dam sobą pomiatać.
-Wiem o tym, żegnam pułkowniku!
Quaritch odszedł bez słowa.
-Dajcie mi coś na ból głowy i skontaktujcie mnie z Carsonem, niech zaczynają.
Do centrali weszła dr. Grace Augustine.
~O nie - pomyślał Parker- zaczyna się
-Parker...

Tsawltskxe:
Samson McKnight

Samson wyszedł z odprawy. W zasadzie mógł ją sobie odpuścić. Na aspekty które poruszył Quaritch był wyczulony od małego. Jedyną ciekawostką były informacje dotyczące tubylców. Od 3 do 4 metrów zwrostu, doskonali myśliwi, wykorzystują naturalne toksyny. -Polują bardzo podobnie do indian z Amazonii. A jesli działają w podobny sposób, to w zasadzie wiem, czego mogę się spodziewać. - jego rozmyślania przerwał komunikat podany przez intercom "Samson McKnight proszony o zgłoszenie się na poziom L-3. Samson McKnight proszony o zgłoszenie na poziom L-3."

Samson McKnight; poziom L-3

-Witaj, jestem Max Patel. Nadzoruję połącznia avatarów. Ty musisz być Samson.
-Nie da się ukryć, to ja. Z tego co wiem mam wam pomagać w badaniach. Chyba nie będę musiał tu siedzieć? - Samson rozejżał się po obszernym pomieszczeniu pełnym najróżniejszego sprzętu. Jego uwagę przykuło kilka obiektów wyglądających jak trumny. Z jednej z nich właśnie wyszedł jakiś mężczyzna. Wyglądał na mocno zmeczonego.
-Nie, ty będziesz pracował w terenie. A, to Duke, jeden z naszych opertatorów avatarów. Ciągle jeszcze przyzwyczaja się do swojego avatara. Chodź, zobaczysz jak oni wyglądają w akcji. - Max machnął dłonią w stronę jedynego okna w całym pomieszczeniu. Za nim znajdowało się coś na kształt wojskowego toru z przeszkodami. Ale wszystko było nienaturalnie wielkie.
-To co tu widzisz, to plac treningowy dla operatorów avatarów. Tu sprawdzają swoje umiejętności i poprawiają koordynację ruchową.
W tym momencie Samson był już w innym świecie. Podziwiał grację, z jaką te sztucznie wychodowane ciała pokonują kolejne przeszkody.
-Niesamowite... - Samson westchnął mimochodem.
-Dobra, ja muszę wracać do pracy. Jak chcesz się trochę pobawić to polecam sektor E-9. Aaaa... i staraj się póki co nie wchodzić w drogę Grace. To nasza i Twoja szefowa. Selfridge znowu ją zagotował, więc nie jest w nastroju. - rzucił Max stojąc przy konsoli z cyfrowym obrazem czyjegoś mózgu.

Samson McKnight; sektor E-9

Sektor E-9 w zasadzie nie różnił się niczym od "placu zabaw" dla avatarów. Niczym, poza skalą. Tu wszystko było dostosowane do rozmiaru ludzi. Do dyspozycji były strzelnica, tor przeszkód, killing house (zwłaszcza ten obiekt zaciekwaił Samsona - przecież tubylcy mieszkają na wielkim drzewie. Po co więc komukolwiek obiekt do szkolenia w zakresie taktyk zdobywania pomieszczeń?). Był też spory kawałek terenu przeznaczonego pod naukę obsługi różnorakich pojazdów. Samson pobrał od kwatermistrza krabin snajperski i 40 sztuk amunicji cal. 12,7 -Ciekawe czy jeszcze pamiętam jak to działa. Przeładować, namierzyć cel, obezpieczyć i ... *bang*. - Samson słyszał już tylko piszczenie w uszach. -Teraz sobie przypomniałem czemu nie przepadam za bronią palną. Za dużo hałasu. - przeładował, wprowadził korektę w przyrządach celowniczych, pociągnął za spust i potężny huk wystrzału ponownie odbił się echem po całej okolicy. Opróżnił cały magazynek sprawdzając nastawy luntey na różne odległości. Tym razem jednak Samsona zdziwił zaskakująco mały odrzut broni. -Przecież ten kaliber potrafi uszkodzić bark strzelaca przy pierwszym strzale. - pomyśłał ładując kolejne 10 pestek. Opróżnił kolejny magaynek. Tym razem jednak skupił się na jak najszybszych strzałach. -10 pestek w 20 sekund. Mój bark powinien boleć jak jasna cholera, a w zasadzie nic nie czuję. Widać broń trochę się zmieniła. Ale gdyby jeszcze mieli do tego tłumik...- z tą myślą udał się do punktu zdania broni.

Roprr:
- Grace, ja rozumiem Twój strach o to, że zamkną Ci szkołę, że zaczną wojnę i projekt Avatar zostanie zlikwidowany - Robert stał na środku laboratorium, niecałe kilka metrów od Grace. Zbliżył się do niej na wyciągnięcie dłoni - Ale oni tego nie zrobią. Jesteśmy zbyt ważni, poza tym Parker jest tylko pionkiem. Rozumiesz? Na Ziemi zaszlachtowaliby go za to!
- Jesteś tak młody, Robert. Zdecydowanie za młody - słowa Grace zabrzmiały groźnie i pewnie gdyby Creenze nie znał jej wystarczająco dobrze pomyślałby, że dalsza rozmowa nie ma sensu. Ale znał ją na wylot - Selfridgowi wydaje się, że jest bezkarny. Ten przebiegły lis w ludzkiej skórze, ta świnia, szumowina może zrobić co mu się podoba. Wszyscy, rozumiesz, WSZYSCY w Piekielnej Bramie są pewni, że jestem, poza Quaritchem, jedyną osobą, która się go nie boi. Boję się nie jego, a jego władzy, ale jednocześnie nie mam zamiaru tego tolerować. Zrobiłam co poradziłeś - powiedziałam, że moi naukowcy nie będą odpowiedzialni za avatara tego żołnierzyka - Bakera.
- I bardzo dobrze, Grace.
- Parker się wściekł, zwyzywał mnie, ale nie miał wyboru - ostatecznie odpuścił. Gdyby dowiedział się, że to był Twój pomysł, pewnie w jakiś magiczny sposób pozbyłby się stąd Ciebie, do czego dopuścić nie możemy. A Ty - Augustine podeszła do Roberta, chwyciła go za ramię - nie możesz się wychylać.
Robert stał przez moment bez ruchu. Nie wypowiedział ani jednego słowa. Zmrużył oczy, otworzył je szerzej i z wielkim entuzjazmem chwycił Grace za twarz.
- Zmiana planów, Grace! Zmiana planów! Weź Maxa, przydziel go do operowania avatarem tego Bakera. Parker jest za głupi, żeby czegokolwiek się domyślić. Zrobiliśmy wielką głupotę! - Robert zastanowił się chwilę nad tym co powiedział - JA popełniłem wielką głupotę. Potrzebujemy swojego człowieka przy tym stanowisku, który w każdej chwili będzie mógł podejmować nasze decyzje, jeśli ktoś narozrabia. Mam naprawdę złe przeczucia co do kolejnych planów Selfridge'a.
- Nigdy więcej nie przychodź do mnie z nieprzemyślanymi radami. Że też ja głupia dałam się, smarkaczu, omamić Twojemu urokowi! Przecież to było oczywiste - masz rację, tak zrobimy. Ale... - Grace przerwała na moment, przełknęła ślinę i spuściła głowę - jest jeszcze jedna sprawa.
- Jaka?
- Quaritch był wczoraj w szkole ze swoimi ludźmi. Przestraszyli młodych Omaticaya, Tsu'Tey celował już w nich z łuku.
Robert podszedł do stołu, oparł się o niego. Zrzucił jedną z próbówek na ziemię.
- Grace, idziemy do Parkera.
- Ale to JA będę mówiła, pamiętaj, co przed chwilą ode mnie usłyszałeś - ja jestem niemal nietykalna. Ty - niezupełnie.

Unicorn:

Tsu'tey
Tsu'tey lubił spokojne poranki... Lubił kiedy cały klan budził się do nowego dnia. Mógł wtedy obserwować... i chociaż trochę cieszyć się z życia. Zazwyczaj przygniatały go obowiązki i ciągła świadomość, że musi postępować tak a nie inaczej. W takich chwilach kiedy budził się wcześnie rano i z ukrycia, w cieniu - obserwował. Widział subtelne spojrzenia złączonych na całe życie par... widział w ich oczach radość życia i spólnego bytowania... Widział miłość jaką obdarzali siebie nawzajem. Widział miłość i podziw.. może nawet zachwyt w młodych Na'vi kiedy patrzyli na swych rodziców szykujących się do dziennych czynności. Słyszał śmiech rozbrzmiewający wszędzie wokół.
Uwielbiał ten czas kiedy mógł pozostać samotny choć na krótką chwilę i popatrzeć na nich wszystkich z ciepłym uśmiechem na twarzy.
Kiedy widział miłość między kobietą a mężczyzną czuł dziwny ucisk w sercu, że on jeszcze nie ma swej partnerki. Pomimo, że Neyriti jest mu przyobiecana nie zdobył jeszcze jej serca. Ale Tsu'tey był cierpliwy. Na wszystko przyjdzie pora - często słyszał to od Mo'at i nie miał podstaw, żeby jej nie wierzyć.

Tsu'tey westchnął cicho i spuścił głowę patrząc pod własne stopy. Czas się pojawić i poprowadzić myśliwych na łowy. To była jego niemalże codzienna funkcja. I nie mógł od niej uciec. Chociaż czasami miał wielką ochotę zostać pod ukryciem cienia i obserwować dalej... udać choć na chwilę, że nie jest Tsu'teyem, synem Ateya przyszłym wodzem klanu Omatikaya. Czasami chciałby tak poudawać... Ale zdawał sobie sprawę z tego, że nigdy nie będzie mu dane urzeczywistnić tych cichych pragnień.

Zanim ruszył przed siebie wziął kilka głębszych wdechów i już miał ruszyć w kierunku zbierającej się grupki łowców, gdy jego oczy przykuło coś zupełnie innego. A raczej ktoś...

Txon'ite stała trochę na uboczu, sprawdzając niby od niechęci cięciwę łuku. Nie był to obrazek szczególnie dziwny zważywszy na to, że kobieta zazwyczaj trzymała się trochę bardziej na uboczu. Zawsze nie do końca czując się pewnie wśród swoich. Tsu'tey wiele razy próbował z nią o tym rozmawiać.. a nawet zrozumieć. Ona była inna. Zawsze, odkąd pamiętał... Ale jemu to nie przeszkadzało nigdy. Była jedną z klanu... i zawsze próbował sprawić by czuła się nieco pewniej. Dla niego nigdy nie była Kllte'ite...
Co przykuło jego uwagę teraz był fakt, że Txon'ite nie przyglądała się myśliwym, ale raczej dzieciom. Czyżby miała zamiar iść dzisiaj z nimi do szkółki Grace? Szczerze mówiąc Tsu'tey miał zamiar odwiedzić szkołę po polowaniu... ale może lepiej byłoby iść z dziećmi.. Stosunki między Na'vi a Ludźmi Nieba coraz bardziej się pogarszały.
Tsu'tey obawiał się, że wkrótce może dojść do nieodwracalnego incydentu, w którym komuś stanie się krzywda. Dlatego chciał temu zapobiec wcześniej! Chciał atakować. Mo'at i Eytukan go hamowali!
Na tą myśl stał się niespokojny. Ścisnął w rękach mocniej swój łuk i wziął kolejne kilka wdechów.

Robiło się już późno a nadal nie zauważył nigdzie swojego przyjaciela, Pakx'Ti... To z nim, przyjacielem z dzieciństwa wyruszał w nowy dzień. To jego obecność koiła jego nerwy i gniew. Pomimo, że to właśnie Pakx'ti był bardziej nerwowy i gniewny w stosunku do Ludzi Nieba, to Tsu'tey w jego obecności potrafił powstrzymać siebie i jego. W jakiś sposób przez postawę swego przyjaciela rozumiał jaki on sam musi się wydawać przed Mo'at i Eytukanem.... Gniewny i zbuntowany. I dzięki temu potrafił jeszcze jakoś opanować sytuacje.

Bez dalszego zastanowienia Tsu'tey ruszył w kierunku Txon'ite... Wyprostowany, z głową uniesioną wysoko tak by zaznaczyć swą obecność wśród ludzi.

- <Txon'ite> - powiedział w kierunku kobiety i lekko się uśmiechnął podchodząc bliżej. - <Idziesz dzisiaj do szkoły z dziećmi?>

Pytanie było proste i miał nadzieję uzyskać prostą odpowiedź... Nie wątpił w umiejętności Txon'ite... że mogła by obronić grupkę dzieci gdyby coś się stało... ale mimo wszystko rozważał w tej chwili czy nie zlecić prowadzenia polowania komuś innemu i nie iść razem z nią...

Terìran Tawka:
- Uwaga! Pierwszy transport podchodzi do lądowania! Wszyscy prócz personelu technicznego i załogi załadunkowej proszeni są o opuszczenie lądowiska!

Druga część komunikatu słyszanego dzięki megafonom jak zwykle nie miała żadnego sensu. Za każdym razem gdy lądowały posiłki z Ziemi na lądowisku zbierały się grupki znudzonych ochroniarzy i ciekawskich górników po zmianie. Tak działo się i tym razem – grupka ‘łysoli’ z bronią już wybiegała ze swojego baraku. Brown, uspokojony nieco trzema godzinami oczekiwania, zerwał się z ze skrzynki na której siedział, na sam dźwięk megafonu.
-Lecą! – Wykrzyknął radośnie do Sally, która towarzyszyła mu przez cały czas. Ta w odpowiedzi tylko się uśmiechnęła.

Po dwóch minutach dało się już słyszeć donośne buczenie potężnej Walkirii i eskortujących ją skorpionów. W końcu wyłoniła się z mgły zalegającej wokół bazy, zmieniając położenie silników w konfigurację do lądowania. Powietrze zakotłowało się pod wpływem gorąca buchającego z jej silników gdy zawisła nad płytą, wypuszczając podwozie. Powoli przyziemiła. Brown podszedł bliżej - avatary zawsze lądowały pierwszym transportem. Drzwi olbrzymiego pojazdu powoli zaczęły się otwierać, odsłaniając ładunek i gotowych do wybiegnięcia ludzi. Jak zwykle. Gdy tylko rampa dotknęła lądowiska, nowoprzybyli ruszyli, popędzani przez personel promu i żołnierzy na powierzchni. Udadzą się teraz na briefing prowadzony przez Quaritcha. Pułkownik był chyba jedyną osobą której Brown nienawidził z całego serca. Dwa lata temu wybrał się z ciekawości na podobną odprawę i wyszedł z niej po minucie.

Gdy kolumna ludzi oddaliła się od promu, mały oddział techników w AMP przystąpił do rozładunku. Skrzynie, skrzynie, skrzynie... Brown nerwowo obgryzał paznokcie, nie zwracając nawet uwagi na to co mówiła do niego Sally, ani nie czując jej ręki na swym barku. W końcu u wejścia maszyny pojawił się pierwszy słój wyciągany przez dwie maszyny AMP w towarzystwie pilnującego ich Maxa – szefa zespołu nadzorującego połączenia z avatarami. Brown puścił się ku nim biegiem.
- Brown! Spodziewałem się ciebie! – Zawołał Max gdy go usłyszał. Max trzymał w ręku kilka ekranów, które teraz podał Brownowi. – Przytrzymaj je, muszę ściągnąć dane ze zbiorników.
Brown odebrał bez słowa ekrany i zaczął przyglądać się ciału spoczywającemu w niebieskim płynie. To nie był jego avatar. Tak mu się przynajmniej zdawało. Przeszedł go dreszcz, jak zawsze gdy wydział te wielkie ciała pływające bez świadomości w zbiorniku. Wyciągną je jutro... A może jeszcze dziś?
-Do baraku badawczego. Tylko ostrożnie! – Max krzyknął do rozładunkowych. – Brown, obudź się! Następny jest twój.
Brown oderwał wzrok od słoja i podążył za Maxem z powrotem ku walkirii, z której wyciągano już kolejny. Gdy się zbliżył, wiedział że naukowiec mówił prawdę. To był jego avatar. Był chyba trochę mniejszy od pozostałych – DNA Browna zrobiło swoje. Nawet mimo tego miał jednak grubo ponad dwa i pół metra. Twarz avatara była pełniejsza niż jego prawdziwa twarz i była upstrzona kropkami, które tworzyły też regularny wzór po jego bokach.
-Brown! – Max zawołał do jego ucha. – Podasz mi ekran?
-Oczywiście, przepraszam doktorze. – Brown podał mu urządzenie nie odrywając wzroku od ciała.
-Wygląda dobrze. Pewnie nie możesz się doczekać żeby w niego wskoczyć, nie?
-Oj tak, na kiedy może być gotowy?
-Chcieliśmy przygotować je do podłączenia na jutro, ale Selfridge nas naciska, chce żeby jego avatar był gotowy na dziś, więc...
-Selfridge załatwił sobie avatara?!
-No, może nie sobie, ale zwlókł z Ziemi jakiegoś komandosa...
-Co?
-Nie pytaj, nie znam szczegółów. Daj trzeci ekran, muszę sprawdzić jego ciało.
-Proszę. Odprowadzę swojego avatara do laboratorium.
-Nie. – Wtrąciła się Sally, która do tej pory stała z boku. – Idziemy jeść. – Powiedziała stanowczym głosem.
-Ale... – Brown próbował zaprotestować, ale jego asystentka już trzymała go mocno za rękę.
-Zaciągnę cię na stołówkę choćby siłą. W laboratorium będziesz tylko przeszkadzał. – Sally mówiła to poważnie. Brown postanowił dać za wygraną, inaczej kobieta nie dała by mu spokoju do końca dnia.

Navigation

[0] Message Index

[#] Next page

[*] Previous page

Go to full version