International / Multilingual > Role Playing

AVATAR - Prolog [RPG] sesja otwarta

(1/17) > >>

Unicorn:
AVATAR - PROLOG
Pandora, księżyc Polifema, orbita Alfa Centauri, około 4,4 lat świetlnych od Ziemi.

Wstaje nowy dzień... Promienie światła dziennego po cicho wkradają się zarówno z gracją i spokojem poprzez gałęzie Drzewa Domowego do siedliska tubylczego plemienia Omaticaya oraz ociężale i uparcie docierają do metalowej pustyni bazy ludzi.

Wśród Na'vi powoli budzących się do nowego dnia panuję atmosfera spokoju i cichej radości z otaczającej ich natury i piękna świata... Jak co dzień zbierają się by razem zjeść pierwszy posiłek i odśpiewać pieśni. Myśliwi ruszą niedługo na polowanie, młodzież zacznie ćwiczyć... Wszystko będzie tak jak zawsze z jednym wyjątkiem. Niektóre dzieci zostaną posłane do niedalekiej szkółki Ludzi Nieba.

W bazie Ziemian niebawem naukowcy wstaną by prowadzić swoje badania, niektórzy z nich wraz z nastaniem nowego dnia przeniosą się w ciała swych Avatarów...
Ale inni, górnicy i najemnicy RDA zaczną zupełnie inny dzień. Dzień ciężkiej pracy wydobycia unobtanium. Kolejny dzień pełny niebezpieczeństw.
W Hell's Gate ma się wydarzyć coś jeszcze... Ma przybyć kolejny transport najemników oraz kilku nowych naukowców wraz ze swoimi Avatarami.

Zapowiada się ciekawy dzień na Pandorze...
Zwłaszcza, że stosunki między Na'vi, klanem Omaticaya a Ludźmi Nieba stają się coraz bardziej napięte. Z dnia na dzień dochodzi do drobnych incydentów, które wkrótce mogą się przeobrazić w niebezpieczny konflikt.

Dr Augustine ma nadzieję załagodzić sytuację pokojowymi działaniami, rozmową i nauką. Nie wszyscy jednak są zgodni co do jej stanowiska.
Sprawy mogą się pogorszyć albo polepszyć.

Wszystko zależy w tej chwili od decyzji jakie zostaną podjęte przez indywidualne osoby...
Wszystko zależy od przypadku...
Wszystko może się zdarzyć.

Dzień pierwszy....

Sa'ethri:
Txon'ite, Domowe Drzewo

Kolejny zwyczajny dzień... Txon'ite bez większego zainteresowania obserwowała grupkę dzieci, przygotowujących się do wyjścia do szkółki. Za chwilę powinna ruszyć na polowanie z innymi myśliwymi. Tyle, że miała inne plany.
Już wcześniej zaproponowała, że zaprowadzi młodszych na lekcje i pozostanie tam z nimi... na wszelki wypadek. Niesnaski między Ludźmi Nieba a Na'vi zdawały się zaostrzać, nie należało więc pozostawiać dzieci bez opieki. A taronyu doskonale poradzą sobie bez Txon'ite.
Powodem takiej decyzji nie była jakaś szczególna sympatia Txon'ite do dzieci. Raczej... do ludzi. Lubiła spędzać czas w ich towarzystwie. W jakiś sposób ją fascynowali. Ich zachowanie, strój, sposób mówienia... To było coś nowego, nieznanego. Zupełnie odmiennego od wszystkiego, co dotąd znała.
Stała tak przez chwilę, nawijając kosmyk włosów na palec. Właściwie powinna jeszcze raz zapytać o zdanie kogoś ze starszyzny, upewnić się, czy nic się nie zmieniło. Może na przykład mają jednak coś przeciwko jej planom. Może chcą ją widzieć na polowaniu.
Mimochodem sprawdziła cięciwę łuku, trzymanego w lewej ręce. Czekała.

Roprr:
Robert delikatnie otworzył najpierw jedno oko, żeby przyzwyczaiło się do światła, potem powoli zrobił to samo z drugim. Wiedział, że zaczyna się kolejny dzień - kolejny, lecz nie taki sam. Czuł lekkie zdenerwowanie zmieszane z gniewem. Przejechał dłonią po policzku, poczochrał włosy. Usiadł na łóżku zdejmując z siebie kołdrę. Siedział w samych bokserkach, przeciągnął się i spojrzał na kalendarz. Jego twarz wykrzywiła się w nieznacznym grymasie na przypływ impulsu rozjaśniającego świadomość - dostawa nowych naukowców wraz z nowymi Avatarami. To druga część tej myśli najbardziej zaprzątała mu głowę. Wstał, podszedł do swojego biurka i spojrzał na kartkę, która tam leżała. Uśmiechnął się, podniósł ją i powąchał - pachniała ziemskimi perfumami, których nazwy nie znał. Wiedział natomiast czyj to zapach - tylko jedna osoba na całej Pandorze pachniała w ten sposób - Sara Miller. Nieraz miewał wrażenie, że dochodzi do niego ta zmysłowa woń fiołku zmieszanego z zapachem jednego z amazońskich kwiatów, lecz kiedy odwracał głowę - nikogo nie było. Spojrzał jeszcze jeden raz na kartkę: "Grace była tutaj rano, kazała mi się ubierać i wynosić z Twojego gabinetu. Nigdy jej nie zrozumiem i nie wiem dlaczego się przyjaźnicie. Nie wiem też dlaczego jest dla Ciebie ważniejsza ode mnie. Nie mam do Ciebie żalu, nie martw się. Do zobaczenia wieczorem". Zaśmiał się sam do siebie i skierował się do łazienki.

- Doktorze Creenze! - zawołany odwrócił się, spojrzał na biegnącego w jego stronę młodego mężczyznę. W dłoni trzymał mały cyfrowy ekran - Wiadomość od doktor Augustine.
Robert skinął posłańcowi głową, rzucił uprzejmym "dziękuję" i spojrzał na ekran. Nacisnął kombinację kilku przycisków - kod uniemożliwiał odczytanie wiadomości przez kogoś innego niż on sam. Na ekranie pojawiła się postać Grace w trójwymiarze.
"Robert, zanim przylecą Avatary musimy się zobaczyć. Wiem jak bardzo jesteś niezadowolony z faktu, że Selfridge przestał respektować moje zdanie w kwestii ilości Avatarów. Zbyt dobrze Cię znam, by nie wiedzieć, że najchętniej dokopałbyś mu do dupy. Musimy o tym porozmawiać. Najpóźniej za godzinę w laboratorium. Tylko błagam Cię - nie zrób do tego czasu nic głupiego."
Postać Grace zniknęła, Robert zagryzł delikatnie dolną wargę. Odwrócił się i poszedł pośpiesznym krokiem w stronę Laboratorium #1-BC.

Tsawltskxe:
Samson McKnight, stacja kosmiczna RDA kilka godzin po przybyciu na orbitę Pandory.

-Ale tu cholernie zimno. - Samsonodzyskał świadomość. -Chicałeś wiedzieć czy faktycznie Cię zamrożą, to masz swoją odpowiedź - Burknął sam do siebie. Choć minęło prawie 6 lat, czuł się jakby wrócił z dobrze zakrapianej imprezy i nie do końca wytrzeźwiał. -Więc tak to działa. Tracisz 6 lat życia, nie wiesz co się działo, ale doskonale pamiętasz co wydarzyło się w dniu wylotu. Jakby zapisali stan mojego mózgu, zatrzymali go i teraz wznowili jego pracę. - myśli przelatywały jedna za drugą, ciężko było mu się na czymkolwiek skupić. Samson chciał sprawdzić stan swojego zarostu. Liczył że może to da mu jakotakie pojęcie o tym co się z nim działo. Niestety. Prawa ręka ruszyła się tylko nieznacznie. -Straciłem władzę w kończynach? Niemożliwe. O tym nie było mowy przy okazji pogadanki o ryzyku związanym z krio-snem. Jeszcze raz. - tym razem poczuł szarpnięcie. Tak. To pasy. Wymóg bezpieczeństwa. Więc leży teraz przywązany do ścian tej klaustrofobicznej trumny i nie wie nawet, czy dotarł na miejsce czy może obudził się w połowie lotu. -Coż pozostaje mi tylko czekać. - stwierdził niechętnie i zamknął oczy. Zanim zdążył zasnąć, komora się otworzyła i zobaczył znajomą twarz. Greg. Niby ten sam, ale wygląda inaczej. -Witam Sir, jak sen? - zapytał pielęgniarz. -Nie nazwał bym tego snem. - odparł z przekąsem pacjent. -Swoją drogą Greg, czy też poddałeś się hibernacji? Wyglądasz jaby czas trochę cię nadszarpnął. -Nie miałem takiej możliwości. Jako opiekun panicza miałem obowiązek czuwać nad pańskim stanem. Załoga tego statku odbywa najwyżej 2-3 loty z Ziemi na Pandorę i w drugą stronę w życiu. Wynika to z faktu, że nie poddajemy się hibernacji, więc nasz organizm starzeje się w normalnym tempie. Zaraz będzie panicz wolny. - odprał Greg majstrując przy rurkach z chłodziwem i pasach mocujących Samsona do łóżka. Samson wypłynął z komory. -A na przyszłość - zwrócił się do swgo oswobodziciela -odpuść sobie zwroty tytularne. Czuję się jak jakiś stary pryk. Greg skinął głową.

kilka godzin później, baza RDA na powierzchni Pandory. 1623HRS czasu ziemskiego.

-Założyć maski, zbierać swoje zabawki. Nie będę czekał aż łaskawie ruszycie swoje dupy! - pokrzykiwał kapitan chodząc pomiędzy pasażerami promu. -Szlachta też się nie obija. Tu nie ma lokaja który zaniesie twoje graty do pokoju. - kapitan dogryzał Samsonowi ilekroć koło niego przechodził. Kiedy klapa transportowa opadła, z promu wysypał się tłum ludzi. Przy śluzie powietrznej stała już grupka marines głośno komentujących nowy nabytek Hells Gate. Na widok człowieka z łukiem, dwóch z nich: Martinez i DiAbaggio zablokowało wejście do śluzy. -Martinez, koleś przyleciał polować na szczury z tą zabawką. - Abaggio ryknął śmiechem. Irytacja Samsona sięgnęła zenitu. Najpierw ten buc na promie, a teraz dwóch oszołomów z kompleksem małego penisa. -Ta "zabawka" przybiła by Ciebie i twoją dziewczynę - Samson skinął głową na Martineza - do ściany! Napiął łuk i puścił strzałę w koło przejeżdżającej obok ciężarówki Terex Titan 7770. Z opony wystawały tylko lotki. Abaggio wyraźnie zmarkotniał. -Te niebieski małpy i tak Cię zabiją, jesli nie zasypiesz ich gradem ołowiu. - burknął tylko i poszedł z Martinezem w stronę promu. Tymczasem Samson udał się na odprawę dla nowoprzybyłych.

Terìran Tawka:
Brown czekał na ten dzień przez sześć lat, od kiedy dowiedział się że został wciągnięty do programu avatar. Nic dziwnego że noc była dla niego koszmarem. Udało mu się zasnąć dopiero, jak po trwającym kilka godzin nerwowym dreptaniu po pokoju wziął proszki nasenne.

-Brown! Doktorze! – Obudziło go szarpanie połączone z nawoływaniami Sally. – W końcu się obudziłeś.
-Yyy...eee... – „Mój łeb. Boli.” „Co ona znowu ode mnie chce?” „Chyba zaspałem, ale na co?” – myśli szybko przelatywały przez zaspany jeszcze umysł naukowca. W końcu jedna myśl go obudziła -  „TO DZIŚ!!!”
Brown gwałtownie zerwał się z łóżka w którym, jak się okazało, spał we wczorajszych ubraniach. Zbyt gwałtownie. Zatoczył się i byłby upadł, gdyby Sally nie przytrzymała.
– To dziś! – Wykrzyknął Brown mocno ściskając ramię Sally. Odzyskawszy równowagę, chciał wybiec z pokoju, jednak Sally znów go przytrzymała.
-Dokąd to? Popatrz na siebie! Najpierw prysznic, później jedzenie. – Kobiecie najwyraźniej podobała się rola jaką grała, pacyfikując podnieconego doktora. Nigdy nie widziała go w takim stanie, ale znała go na tyle dobrze, że wiedziała że tak to będzie wyglądać.
-Nie! Zaspałem! Mój awatar już pewnie wylądował! A puśćże mnie! – Wyrywał się rozbawionej asystentce.
-Uspokój się, obudziłam cię wcześniej. – Odpowiedziała, sprawiając że Brown odetchnął. – Ogarnij się, poczekam na zewnątrz.

Po chwili Brown był już gotowy. Wypadł ze swojego pokoju wprost na Sally.
-Aj!
-Przepraszam! – Brown przytrzymał Sally od upadku i od razu ruszył korytarzem ku wyjściu na jądowisko.
-Brown, śniadanie!
Mężczyzna machnął tylko ręką na jej zawołanie. Sally szybko dobiegła do niego i zaczyna go strofować.
-Brown! Jeszcze za wcześnie, specjalnie cię obudziłam... Poczekaj trochę! Walkirie będą lądować dopiero koło południa, po co masz tak sterczeć na lądowisku...? Cholera, uspokój się! – próbuje przemówić Brownowi do rozsądku, gdy ten idzie jak burza przez kompleks.
W końcu oboje docierają do śluzy. Brown zakłada maskę i wychodzi, a Sally za nim. Lądowisko jest ruchliwe, jak zawsze przed lądowaniem. Technicy załadunkowi przygotowują ładunek do transportu, a ciężarówki zaczynają już wozić urobek z kopalni.
-Widzisz? Jeszcze ich nie ma.- Powiedziała z wyrzutem Sally. Gdy popatrzyła na Browna, ten właśnie wkładał do ust tabletkę przeciwbólową – Co?! Nie na czczo! – Było już jednak za późno. Sally westchnęła. Wiedziała że już nic nie zdoła ruszyć jej partnera – Pójdę po coś do picia.
Brown spojrzał jak odchodzi, i w napięciu podniósł wzrok ku niebu.

Navigation

[0] Message Index

[#] Next page

Go to full version