International / Multilingual > Role Playing

Role Play - karty postaci.

(1/6) > >>

Thorinbur:
Proponuje umieścić karty postaci w jednym temacie, ew wkleić je tutaj dopiero po zaakceptowaniu ich przez MG. W każdym bądź razie:

Pakx'Ti
Mężczyzna
Na'vi
Wiek: 25 lat.
Wygląd:
Pakx'Ti to wysoki Na'vi o statusie wojownika i wyjątkowo długim ogonie. Nie różni się od większości członków klanu, dobrze zbudowany, lecz ponownie jak każdy wojownik. Przy pasie nóż, przez ramie często przewieszony łuk i kołczan. Nie nosi zbyt wielu ozdób, nie licząc wyplatanego elementu ochraniającego lewe przedramię, podarowanego mu przez matkę z okazji przejścia przez niego rytuału i zostania myśliwym.

Osobowość:
Pakx'Ti nienawidzi ludzi. To jedno wie na pewno. Najchętniej zabiłby każdego napotkanego człowieka. Mordują innych na'vi, niszczą planetę. Jedyna osoba jaką Pakx'Ti daży jako takim szacunkiem jest Dr. Augustine. Wydaje się rozumieć więcej niż inni jej podobni. Pakx'Ti jest bardzo porywczy. Podejmuje szybko decyzje i jest w nich konsekwentny, chyba że ktoś przedstawi mu sensowne argumenty. Trudno jednak odwieść go od raz przyjętego stanowiska, gdyż jest uparty.

Umiejętności:
Bardzo dobry wojownik. Świetnie posługuje się łukiem, tak na ziemi, Pa'li, czy też na grzbiecie Ikrana, (Txari, to jego Ikran). Potrafi poruszać się prawie bezdźwięcznie.

Wady: Łatwo go wyprowadzić z równowagi i sprowokować. Nie wie kiedy się wycofać.

Krótka historia -
Pakx'Ti pochodzi z typowej rodziny, matka zajmowała się tkaniem, ojciec polował. Pakx'Ti długo nie mógł znaleźć swojego miejsca wśród ludzi. Udało mu się to dopiero jak na jednym z polowań zobaczył Tsu'Teya. Tsu'Tey był jego rówieśnikiem, jednak jego umiejętności łowieckie zdecydowanie przekraczały umiejętności Pakx'Ti. Wtedy to młody chłopak postanowił ćwiczyć by stać się doskonałym myśliwym. Szybko zaprzyjaźnił się z Tsu'Teyem, któremu przyświecał podobny cel i często wybierali się na wspólne polowania. Inna cechą jaka ich połączyła była niechęć do ludzi nieba. Pakx'Ti podzieł zdanie Tsu'Teya, że należy się ich pozbyć, jednak o ile sam chętnie zacząłby agresywne działania, to Tsu'Tey powstrzymywał go mając świadomość, że decyzja ta musi być podjęta przez olo'eyktan. Pakx'Ti nie ma jeszcze partnerki. Choć przeszedł już wszystkie niezbędne rytuały. Aktualnie większość czasu spędza trzymając się blisko Tsu'Teya Obserwując wspólnie ludzi nieba. Uczy się również angielskiego.

Post próbny:
Iknimaya. Grzmiące skały. Siedziba górskich zmór, Ikranów. Dla Pakx'Ti nadeszła wreszcie pora by dosiąść swojego własnego. Problem w tym, że by tego dokonać trzeba się najpierw z nim zmierzyć. Sama wspinaczka nie była problemem. Problemem jest stanąć oko w oko z potężnym stworzeniem i je pokonać. Szczególnie, że Ikran z którym przychodzi zmierzyć się kandydatom na łowców, to ten który zdecyduje się go zabić.

Pakx'Ti odrzucił swój nóż. Nie chce przecież zranić przyszłego wierzchowca. Ta opcja nie wchodzi w grę. Jedyne opcje to jego wygrana, wtedy Ikran (Txari, Pakx'Ti wybrał już dla niego imię) będzie jego i tylko jego do końca życia, lub śmierć. Pakx'Ti zręcznie zeskoczył ze skały rozkładając szeroko ręce w gotowości i ostrożnie podchodził do kolejnych zmor. Część z nich ulatywała ze skały, część z nich odsuwała się w głąb. I wtedy go zobaczył. Dorosły samiec. Spojrzeli sobie głęboko w oczy. Pozostałe Ikrany cofnęły się jakby wiedziały co za chwile nastąpi.

Txari wystrzelił do przodu kłapiąc potężnymi szczękami tuż przed nosem Pakx'Ti, który błyskawicznym ruchem uniknął ataku. Gdy potężna głowa stwora uderzyła po raz kolejny, usunął się na bok i złapał stworzenie od dołu za szyję wskakując mu na grzbiet. Ikran stanął dęba i szarpnął umięśnioną szyją do tyłu wysyłając Pakx'Ti w powietrze. Uderzenie o skały było silne, ale nie dość silne, by ogłuszyć wojownika. Kątem oka dojrzał Tsu'Teya przyglądającego się walce ze skały, który skinął nieznacznie głową. Wojownik poderwał się na równe nogi i ponownie przyjął postawę bojową. << No chodź!>> Powiedział cicho czekając na kolejny ruch stworzenia. Te ponownie wystrzeliło z potężnymi szczękami. Pakx'Ti błyskawicznie padł na ziemię pozwalająć Ikranowi przelecieć nad nim, po czym błyskawicznie odbił się od ziemi lądując ponownie na grzbiecie stworzenia. Tym razem już w locie przygotowany warkocz natychmiast znalazł łącze. Stworzone Tsahaylu uspokoiło zwierze. <<Nazywasz się Txari. A teraz pójdziemy polatać>>

ZATWIERDZONA

Tsawltskxe:
Imię: Samson McKnight, Sir
Płeć: mężczyzna
Wiek: 27
Rasa: człowiek

Wysoki, lecz dość szczupły mężczyzna o krótkich, brązowych włosach i piwnych oczach. Jak na swój młody wiek, jego ciało przeszło całkiem wiele. Świadczą o tym liczne blizny na jego ciele. Dwie długie blizny od prawego barku do lewego biodra to pamiątka po błędzie popełnionym podczas polowania na tygrysy w Dolinie Eufratu. Bliższa znajomość z pumą amerykańską zaowocowała trzema równoległymi szramami na prawym ramienu. Jednak jego dumą jest szereg drobnych nacięć wokół lewego uda. To "trofeum" przypomina mu, że nawet kolczuga nie powstrzyma wygłodniałego rekina.

Pasją Samsona są tatuaże. Co prawda arystokracie nie przystoi kalanie swego ciała malunkami, a i stan jego ciała nie pozostawia zbyt wiele wolnej przestrzeni, jednak znalazł trochę miejsca na danie upustu swojej pasji. Wspomniane lewe udo opasa, poza łańcuszkiem śladów po zębach rekina, polinezyjski tatuaż symbolizujący siłę i więź z morzem. Lewa pierś przydobiona została jeszcze za czasów dzieciństwa herbem rodu - Łucznikiem wpisanym w Księżyc.

Z natury uprzejmy i spokojny. Stanowczy, czasami wręcz apodyktyczny. Nie lubi, gdy narzuca mu się czyjeś zdanie. To też było powodem usunięcia go z Królewskiej Akademi Wojskowej. Realista, na bierząco ocenia sytuację i kalkuluje najlepsze rozwiązania. Takie podjeście do życia zaszczepił mu jego stryj - szkocki pan ziemski, który wychowywał młodego Samsona podczas nieobecności jego rodziców. O samych rodzicach wie niewiele, cały system wartości przekazał mu stryj, gdyż ojciec Samsona, wspaniały myśliwy, wraz z żoną spędzali nie rzadko po 300 dni w roku podróżując po świecie w poszukiwaniu coraz to nowych wyzwań. Od urodzenia mieszkał w rodzinnej posiadłości pod Fort William w Szkocji. Jednak pociąg do podróży oraz odziedziczone po ojcu zamiłowanie do polowań szybko pchnęło młodzieńca w świat. Przemierzył wszystkie kontynenty, zdobył oba bieguny i polował na najegzotyczniejsze zwierzęta znane człowiekowi. Swoje rzemiosło szkolił wśród afrykańskich plemion, południowoamerykańskich indian oraz eskimosów. Przelało się to na jego zamiłowanie do staromodnej broni dystansowej i białej. Bliskie jego sercu są więc miecze, topory, sztylety, łuki, kusze, dmuchawki. Nie przepada jednak za bronią palną i obuchami. Uważa, że te typy broni to broń rzeźników. Bowiem tylko rzeźnicy strzelają lub miażdżą głowę ofiary. Nidgy nie rozstaje się ze swoim łukiem oraz kukri - zakrzywionym nożem. Postęp techniczny oraz rozmiary zwierzyny skłoniły go do korzystnia z łuków bloczkowych niż tradycyjnych. Niewątpliwym plusem łuku bloczkowego jest potężna możliwość penetracyjna strzały przy relatywnie słabym naciągu. Pomimo swoich uprzedzeń do broni palnej, zawsze nosi Waltera p228 w kaburze udowej.

To właśnie doświadczenie i miano "najlepszego myśliwego Europy" otworzyły Samsonowi drogę na Pandorę. Został zwerbowany jako tropiciel dla grupy naukowców. Jego zadanie to tropienie i badanie pandoriańskiej fauny. Normalnie nie podjąłby się takiego przedsięwzięcia, bowiem wiąże się ono z podporządkowaniem hierarchi wojskowej, jednak ciekawość wzięła górę nad przekonaniami.





-Cholera, 6 lat spędzę w tej paskudnej pidżamie - powiedział Samson wchodząc do kriokomory. Ta niewielka skrzynka na zdjęciach wydawała się jakby większa. -Cóż, teraz trochę za późno na zmianę klasy na buissnes - uśmiechnął się pod nosem układając się w tej małej trumience. W tym momencie przed jego twarzą pojawiła się głowa Grega, jego pielęgniarza. Niewielu miało ten przywilej by posiadać prywatnego pielęgniarza, jednak pochodzenie zobowiązuje jak to się mawia w towarzystwie. Pielęgniarz sprawdził połącznia i mocowanie rurek, których roli Samson nie mógł odgadnąć. Domyślał się jedynie, że sprawią one, że obudzi się dopiero na orbicie Pandory. -Greg! -Tak? - pielęgniarz oderwał się na chwilę od panelu kontrolnego komory. -Dopilnuj, żeby nikt, ale to NIKT nie dotykał mojego łuku. -Oczywiście, osobiście się nim zajmę. - Grag wyjął sztywny futerał z szafki McKnighta, po czym wrócił do konfiguracji komory. Charakterystyczny click oznaczał zamknięcie komory i rozpoczęcie procesu hibernacji. -Zaraz zostanę zamrożony, czy nie powinienm czuć chłodu? - pomyślał Samson. Jednak zanim umysł zdążył odpowiedzieć na to pytanie, ciało pogrążyło się w głębokim śnie.

ZATWIERDZONA

Roprr:
Imię: Dr Robert (Roprr) Creenze
Płeć: Mężczyzna
Wiek: 34
Rasa: człowiek

Wygląd: Jako człowiek Robert jest dosyć wysokim mężczyzną o nieco dłuższych, blond włosach z zielonymi oczami. Przystojny, szczupły, o pełnych ustach. Jego twarz jest lekko pociągła, delikatnie uwydatniona przez kości policzkowe. Z reguły uśmiechnięty, niektórzy mówią, że jego oczy same wiecznie się śmieją. Jak na chemika jego dłonie są zadziwiająco delikatne, nieskażone substancjami żrącymi. Dosyć dobrze zbudowany, jednak daleko mu do reszty wojowników znajdujących się na Pandorze. Jako jeden z niewielu mężczyzn na księżycu jest zadbany.

Jego avatar jest niemal identyczny. Różni się kolor skóry i kolor oczu - są, co nie dziwne wśród Na'vi, odpowiednio: niebieskie i żółte.

Osobowość: Robert jest osobą zadowoloną ze swojego życia, co ułatwił mu jego wieczny optymizm. Mimo wszystko jednak - łatwo się złości i irytuje, kiedy ktoś ma inne poglądy od niego. Szybko jednak przeprasza - nie lubi mieć wrogów, choć kiedy trzeba - postawi się po tej stronie konfliktu, która jego zdaniem ma rację. Zdecydowany, ambitny i konsekwentny. Nie bez powodu został jednym z najlepszych chemików na Ziemi. Z natury romantyk - co ułatwiło mu zakochanie się w Pandorze. Jego postawa jednak bardzo dobrze to ukrywa - wydaje się być twardo stąpającym po ziemi realistą. Idealista.

Historia: Robert urodził się w Stanach Zjednoczonych, w Kalifornii. Bardzo związany z nieżyjącymi już rodzicami. Zginęli w wypadku samochodowym w dniu, w którym ukończył studia na University of Southern California na wydziale chemicznym. Od zawsze mógł na nich liczyć, choć wiedział, że nie jest najlepszym synem. Jego rodzice nie potrafili zrozumieć jego miłości do narkotyków i kobiet, prosili, żeby się ustatkował, przestał brać te świństwa, on jednak miał na ten temat swoją własną wizję. Dzięki LSD czuł się spełniony, dzięki kokainie dobrze mu się imprezowało, a dzięki poppersom jego seks był wręcz nieziemski. I chyba to uwielbienie w substancjach psychodelicznych, psychotropach i naturalnych wyciągach z roślin o działaniu narkotycznym udało mu się dostać na USC - wiedział, że chemia jest jego powołaniem i nie chodziło tu już tylko o narkotyki. Interesowały go lekarstwa, sposoby ich otrzymywania i działania. Chemia była tym działem nauki, który naprawdę go ciekawił i fascynował. Nie był narkomanem czy zwykłym ćpunem - brał, bo wiedział jak. Bo lubił i, jak sam mówił, "pozwalały mu one odkryć samego siebie". Zadziwiło go, kiedy po zaledwie dwóch latach od ukończenia studiów został nagrodzony prestiżową nagrodą od Prezydenta USA w dziedzinie chemii. Bardzo szybko znalazł się wśród elity intelektualnej świata, czując się przy nich tak naprawdę głupio. Był oczywiście zaszczycony i zachwycony, jednak nie przyjeżdżał na żadne bale czy konferencje naukowe. Chemii uczył się dla siebie, dla, jak tam to określił, "zapełnienia tej pustej głowy jak największą porcją materiałów i odpowiedniego ich wykorzystania". A w międzyczasie imprezował. "A lot". Był zdecydowanie najdziwniejszym naukowcem na tym świecie, intelektualna śmietanka zawsze zastanawiała się jak to się dzieje, że tak młody człowiek odnosi tyle sukcesów mając tak naprawdę czas na życie prywatne, z którego zresztą był bardzo zadowolony. Jednak tym co odmieniło jego życie był telefon od Dr. Augustine, szefowej projektu "Avatar" na Pandorze, z propozycją wylotu.

Robert nie zastanawiał się długo. Zgodził się. Lubił podejmować takie decyzje, lubił, kiedy coś w jego życiu nagle się zmieniało, nienawidził rutyny i stagnacji. Ponadto możliwość poznania nowych psychodelików z takiego miejsca jak Pandora napawała go jeszcze większym entuzjazmem. Później zaczęły śnić mu się kobiety Na'vi, a myśl o romantycznej miłości z jedną z nich - była nie do opisania.

Kilka lat minęło nim Robert został przygotowany do odlotu. Dowiedział się, że na stacji na Pandorze czekać będzie na niego jego Avatar - jego nowe alter ego. Na miejscu bardzo szybko zaprzyjaźnił się z Grace i bardzo szybko znienawidzł Selfridge'a, który wydawał się mu cynicznym idiotą. Augustine założyła szkołę, a on oddał się na Pandorze poznaniu chemicznej części Pandory. Fauna i flora w tym miejscu były dla niego niesamowite. Grace wszczepiła w niego miłość do Na'vijczyków, nauczyła go języka. Kilkukrotnie był w szkole zamiast niej, zaczął nawet prowadzić osobne lekcje angielskiego dla najmłodszych. Przez Omatikaya nazwany został Roprr.

- Grace, łap! - w stronę zaskoczonej kobiety w pofalowanych włosach i białym fartuchu leciała właśnie butelka wody. Butelka uderzyła kobietę w policzek i upadła hałaśliwie nie ziemię.
- Ja.Cię.Kiedyś.Zabiję! - oboje zaśmiali się gromko. Kobieta, nazwana Grace, masując policzek podniosła wolną ręką butelkę z ziemi, odkręciła i napiła się. Odwróciła się z powrotem do swoich przyrządów laboratoryjnych. - Wiesz Robert, że dzisiaj mija dokładnie rok od kiedy tu jesteśmy?
- Tak, doskonale zdaję sobie z tego sprawę - wysoki mężczyzna w krótkim rękawku, nazwany Robert, właśnie przelewał coś z jednej próbowki do drugiej - I powiem Ci, że to była kolejna najlepszy decyzja w moim życiu. Na czym to polega, że ja nigdy nie podejmuję złych decyzji?
Robert podszedł do Grace, odwrócił się tyłem do stołu i usiadł na nim. Laboratorium, w którym byli było niewiarygodnie duże, zmieściłoby się tutaj z piętnaście osób. Zostało jednak wytypowane dla tej dwójki - biologa i chemika. Nikt poza nimi nie miał tutaj wstępu bez ich zgody. No, chyba, że Parker Selfridge, który tak naprawdę i tak nigdy tutaj nie przychodził.
- Ja generalnie nie rozumiem skąd Ty masz tyle szczęścia i dlaczego Tobie w życiu wszystko się musi udawać? - Grace przerwała patrzenie przez mikroskop i spojrzała na uśmiechniętego Roberta - W ciągu roku odkryłeś rośliny, których ja do dzisiaj nie potrafię znaleźć, a i jeszcze nie chcesz mi powiedzieć gdzie rosną. Na Ziemi szykują dla Ciebie Nobla za odkrycie środku w pełni znieczulającego, który nie powoduje żadnych halucynacji czy omamów. Ty z resztą masz to gdzieś - Robert wciąż się uśmiechał, co zaczynało powoli irytować Grace - Może to i dobrze, wiesz? Nie chciałabym Cie stąd stracić. Jesteś mi tutaj potrzebny.
"Jestem, doskonale zdaję sobie z tego sprawę." Robert ucałował Grace w policzek i wrócił do swojego stanowiska. "Tak, to prawda, mam to gdzieś. Po co mi ziemskie nagrody i ziemskie pieniądze? Nic za nie nie kupię na Pandorze, a wewnętrzny instynkt mówi mi, że zostanę tutaj do końca swojego życia."

ZATWIERDZONA

Sa'ethri:
Imię: Txon'ite
Płeć: kobieta
Wiek: (a u Na'vi to się liczy tak, jak u ludzi?) nieco ponad 19 lat
Rasa: Na'vi
Wygląd: Niższa niż większość Na'vi, szczupła, jak na jej rasę przystało; oczy standardowego miodowożółtego koloru, włosy czarne, oczywiście z warkoczem. Twarz z wyraźnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi, nawet ładna, ale bez rewelacji. Txon'ite porusza się z wdziękiem typowym dla ludzi, którzy całe życie spędzają w dżungli. Podsumowując, z wyglądu poza wzrostem niczym szczególnym wśród reszty Na'vi się nie wyróżnia.
Osobowość: I tu zaczynają się problemy. Txon'ite przywykła skrzętnie chować swoje uczucia. Nietrudno jest ją zdenerwować, ale nie okaże ona jasno i wyraźnie swojej złości. Bywa złośliwa i sarkastyczna. Jest przy tym raczej nieśmiała, wobec obcych osób zachowuje rezerwę. Nie czuje się tak zżyta ze swoim plemieniem, jak ogromna większość Omaticaya. Wręcz przeciwnie, zawsze miała wrażenie, że trochę odstaje od grupy. Nie bardzo wierzy we własne siły.
Krótka historia: Urodziła się jako drugie dziecko i jedyna córka dwojga zwyczajnych Na'vi z plemienia Omaticaya - jej ojciec był łowcą, matka wolała spędzać czas w wiosce. Od zawsze stawiano jej za wzór starszego brata, jednego z lepszych taronyu. Txon'ite nie brakowało ambicji ani umiejętności, ale nie wystarczało jej pewności siebie. Omal nie zginęła podczas wyboru ikrana. Później na stałe przylgnęło do niej przezwisko Kllte'ite; to, co miało być dobrodusznym żartem, przez nią zostało odebrane jako złośliwa drwina, zaczęła więc odnosić się do reszty plemienia w taki sposób, w jaki - jak sądziła - zwracano się do niej. Nic dziwnego, że nie miała zbyt wielu przyjaciół. Mało komu chciało się przebijać przez szczelną otoczkę braku emocji, jaką tworzyła wokół siebie. Tym większą sympatią zapałała do grupy Ludzi Nieba, którzy przybyli do wioski...


Próbny post:

Ikran kłapnął zębami, wydając z siebie chrapliwy dźwięk.
- Ciii, Irrtok - mruknęła Txon'ite, klepiąc go po szyi. - Cicho. Czekamy.
Dotyk twardej skóry ikrana zawsze przypominał jej o dniu, kiedy go wybrała. O knykciach obdartych do krwi podczas wspinaczki do ich siedliska. O tym, jak postanowiła sobie, że się nie podda, że dotrze tam za wszelką cenę. Dłoń wyszukiwała wystające fragmenty skał, których można było się chwycić i podciągnąć, w umyśle kołatała się jedna myśl. Nie jestem gorsza od innych Na'vi. Nie jestem.
Oczywiście była jedna rzecz, o której nie mogła zapomnieć.
Wtedy, na szczycie góry, jej ikran o mało jej nie zabił.
Minęło wiele czasu, zanim zdołała odnaleźć się w powietrzu, a lot na Irrtoku - imię dostał fałszywie optymistyczne - zaczął sprawiać jej przyjemność. Oczywiście nikogo to nie interesowało. Dla innych została Kllte'ite, Stąpającą Po Ziemi. Były tylko dwie osoby, które nigdy jej tak nie nazwały. Jej brat, Tsawke'itan. I Tsu'tey.
Potrząsnęła głową, jakby chciała odegnać zdradliwą myśl i ciepło, jakie rozlało się wokół jej serca. O nim nie wolno było jej myśleć. Tsu'tey należał do Neytiri.
- Kaltxì, tsmuke.
Odwróciła się gwałtownie. Przed nią stał jej brat - wyprostowany, uśmiechnięty, wyższy od niej przynajmniej o głowę. Znajomy.
- Tsawke'itan! Nie usłyszałam cię - zmarszczyła brwi. - Coś się...
- Matka prosi, żebyś wróciła do wioski - przerwał jej. - Nie mogłem cię znaleźć. Co tu właściwie robiłaś?
- Czekałam.
- Na co? - Brat zamrugał, zaskoczony.
- Na nic - mruknęła zgodnie z prawdą. - Lećmy.

ZATWIERDZONA

Unicorn:


Imię: Tsu'Tey

Płeć: Mężczyzna

Wiek: 25

Wygląd:
Tsu'tey jest jednym z najwyższych wojowników w klanie przekracza niemal 304 centymetry. Odziedziczone po swoim ojcu Ateyo rysy twarzy sprawiają, że Tsu'tey uchodzi za przystojnego, choć jemu samemu jest to obojętne. Po przejściu rytuału "drugich narodzin" zaczął nosić fryzurę odpowiadającą statusowi wojownika, długie włosy wychodzące z pośrodku głowy, boki wygolone. Jak przystało na wojownika zawsze nosi ze sobą broń... zakrzywiony nóż, który został mu przekazany po ojcu.
Jest dobrze zbudowany, z dokładnie wyrzeźbionymi mięśniami po latach ćwiczeń.
 

Osobowość

Tsu'tey jest bardzo dumny i wyniosły. Zdaje sobie sprawę ze swej przyszłej roli przywódcy klanu i czuje na sobie ten ciężar, dlatego też zazwyczaj hamuje rozpierające go uczucia. Jest wiele rzeczy, które chciałby zrobić, powiedzieć, ale mu nie wypada - jest powściągliwy. Rozumie, że ze swoją pozycją musi być oparciem oraz wzorem dla swych braci i sióstr. Z tym rozumieniem łączy się wielka duma ze swej pozycji, ale i również swoista pokora w stosunku do zasad swego ludu. Zawsze wyraża się z szacunkiem do starszych i mądrzejszych od siebie, próbuje jak najwięcej się od nich nauczyć.
Pomimo swej powściągliwości buzują w nim wielkie uczucie, namiętności, które trzyma głęboko w sobie. Dlatego też czasami potrafi być małomówny i zamknięty w sobie.
Jest nieufny wobec obcych... i nie chodzi tu tylko o Ludzi Nieba, ale także o Na'vi z innych klanów. Ufa tylko swoim ludziom. Jeżeli chodzi o obcych... uważa ich za niszczycieli i wiele razy próbował już przekonać Eytukan oraz Mo'at do ataku na Ludzi Nieba i wypędzenie ich z terytorium Na'vi. Oni pozostawali jednak głusi na jego prośby. Tsu'tey nie jest w stanie się z tym zgodzić, ale dopóki on nie rządzi nie ma na to wpływu i musi stłamsić swój gniew.
Tsu'tey jest dobrym przyjacielem.... zawsze skory do pomocy jeżeli pozwala mu na to jego pozycja. Stały w swoich uczuciach nigdy nie cofa raz danego słowa.      

Krótka historia

Tsu'tey jest synem jednego z najbardziej wybitnych myśliwych klanu Omaticaya - Ateyo. Od samego początku swego życia obserwował perfekcje swego ojca podczas polowań i ćwiczeń. Był dumny ze swego ojca pod każdym względem i widział w nim wzór do naśladowania. Jego matka umarła przy porodzie, a ojciec należący do osób raczej małomównych niewiele o niej mówił. Tsu'tey niemal wyczuwał ból swego ojca w związku ze stratą swej partnerki.
Przed osiągnięciem wieku dojrzałego ojciec młodego Tsu'teya zginął w niefortunnym wypadku... podczas polowania został zaatakowany przez Toruk'a, zginął spadając ze swojego Ikrana.
Tsu'tey ciężko przeżył tą stratę. Stał się bardziej milczący i ponury. Po jakimś czasie jednak postawił sobie za cel bycia godnym następcą swego ojca. Ćwiczył się w jeździe na Pa'li oraz w myślistwie i walce wręcz. Był tak zawzięty i zdeterminowany, że zyskał sobie sławę niezwyciężonego jeszcze przed przejścia rytuału drugich narodzin.  
Po wyborze Ikrana i drugich narodzinach Tsu'tey został uhonorowany i dostąpił zaszczytu bycia następcą wodza. Została mu przyrzeczona Neyriti córka wodza... chociaż nie związali się jeszcze na całe życie świętym Tsahaylu. Właściwie to Tsu'teya uważa, że Neyriti sama powinna zdecydować kiedy będzie na to gotwa. Jest cierpliwy... ale to, że Neyriti nie jest jeszcze gotowa bardzo go boli.
Teraz większość czasu Tsu'tey spędza na obserwację poczynań Ludzi Nieba. Zarówno wojowników jak i naukowców. Choć jest nieufny w stosunku do dr Grace i jej szkoły obserwuję ją z daleka, ale czasami nawet się skusi żeby przyjść i posłuchać i zobaczyć co tam się dzieje. Ale zapytany o to przez Grace czy kogoś innego odpowiada, że przyszedł jedynie strzec dzieci...
Po kryjomu jednakże prosi Neyriti o lekcje angielskiego... przecież trzeba wiedzieć o czym mówi wróg, kiedy on myśli, że nic się nie rozumie!  

Post próbny:

W głowie jadącego samotnie na grzbiecie Pa'li Tsu'teya przewijały się różne skrajne myśli, a sercem szargał wątpliwości. Nawet samotnie bez obserwujących go oczu innych ludzi przyszły wódz nie pozwolił sobie na jakiekolwiek oznaki swych wewnętrznych rozterek. Jechał wyprostowany, dumnie dzierżąc w prawej dłoni łuk. Jechał powoli, ale kroki Pa'li dalekie były od spokojnych. Zwierzę doskonale wyczuwało przez tsahaylu rozterki swego jeźdźca, co sprawiało, że ono samo czuło się niepewnie. Tsu'tey jednak nie zdawał sobie z tego sprawy. Jego oczy obserwował drogę pnącą się przed nim do góry.
Myślał o kolejnej rozmowie z Neyriti... o kolejnej gniewnej wymianie zdań z Eytukanem, który po raz kolejny zabronił mu atakować Ludzi Nieba. Myślał o problemach młodych wojowników, których szkolił. Wszystko mieszało się i sprawiało, że czuł niemiły ucisk w sercu i żołądku. Było tak wiele problemów, a on nie mógł większości z nich zaradzić.
Kiedy ponownie oczami wyobraźni zobaczył piękną twarz Neyriti serce zakuło go jeszcze bardziej. Niby wszystko było w porządku, rozmawiali, śmiali się, ale ona... jeszcze.. wciąż nie była gotowa. Już sam nie wiedział co ma robić w tej sytuacji. Obiecał sobie i jej, że nigdy jej do niczego nie zmusi. Zresztą i tak pewnie nie miałoby to wielkiego wpływu na nią. Zawsze była wolnym duchem. Uśmiechnął się pod nosem na tą myśl. Kochał ją... od dawna nic na to nie mógł poradzić. Będzie musiał pozostać cierpliwy.
Chwilę później rozbrzmiała mu w uszach rozmowa z Eytukanem. Pa'li zatrzymał się na chwilę zaniepokojony gniewem Tsu'teya. Jeździec wydał poprzez tsahaylu stanowczy rozkaz jazdy i zwierzę naturalnie posłuchało.
Wciąż Eytukan nie pozwala mu działać w sprawie Ludzi Nieba. To się źle skończy! To się nie może dobrze skończyć! To się nawet dobrze nie zaczęło! Ci słabi i mali ludzie sprawiali tylko problemy. Od samego początku nie rozumieli życia, natury i tsahaylu... Nic nie rozumieli! Nie słuchali! A teraz mimo wszystko Eytukan pozwolił tej Grace otworzyć szkołę dla dzieci! W Tsu'teyu iskrzył się straszliwy gniew... To nie Ludzie Nieba powinni nauczać tylko Na'vi.

- Tsu'tey!

Szybko odwrócił głowę i spojrzał przez ramię na nadjeżdżającego jeźdźca. Wyprostował się nieco i podniósł głowę wyżej, nie widząc jeszcze kto nadjeżdża. Jednak po chwili rozluźnił się i uśmiechnął się.

- Neyriti... - powitał ją. Była miłą niespodzianką.

Odpowiedziała tak samo, uśmiechem.

- Myślałam, że przyda ci się towarzystwo na polowaniu.

Tsu'tey uśmiechnął się szerzej widząc wesołe ogniki w oczach swej przyrzeczonej. Kiwnął głową i bez dalszego zastanowienia ruszył na przód, tym razem jeszcze wolniej... smakując bliskość ukochanej...
Wszystkie myśli gdzieś znikły w ciemnościach umysłu. Teraz skupił się jedynie na twarzy Neyriti... ręka delikatnie muskała grzbiet Pa'li, który ruszył z odnowioną siłą i lekkością.  

ZATWIERDZONA

Navigation

[0] Message Index

[#] Next page

Go to full version