International / Multilingual > Role Playing

Sìrol hufweyä

<< < (2/55) > >>

Tireaniawtu:
Txepniäyu:

    Ciepły poranek powitał go. Właściwie to on powitał poranek. Nie sypiał już tak dobrze jak kiedyś. Przybycie tych dziwnych istot spowodowało zachwianie się jego świata. Tego, w którym się narodził, wychował i dorósł. To jedna z niewielu rzeczy, którą chciał zachować. Siedział samotnie i rozmyślał. Starał się znaleźć jakieś logiczne wyjście. Jego myśli były chaotyczne. Nie potrafił znaleźć rozwiązania w tym gąszczu. Zabić ich - nie to zbyt ryzykowne. Poddać się - zniewolą nas, być może to gorsze niż umrzeć. Negocjować pokój - ale jak długo to będzie trwało. Jego stwierdzenia były bez ładu i składu. Do tego jeszcze tracili pobratymców. Mnóstwo Na'vi umierało lub odnosiło rany. I jeszcze braki jedzenia. Potrafił je znaleźć dla samego siebie. Jednak potrzeba go było dla całej wioski. Przez kilka następnych minut wciąż bił się z myślami. W końcu wstał i postanowił udać się do kogoś. Znalazł tę osobę, jednak już z kimś rozmawiała. Postanowił poczekać. Po chwili zobaczył jak kolejną ranną osobę niosą na noszach. Dziewczyna szybko odbiegła zostawiając Eytukana samego. Txepniäyu widział, że jemu też nie jest łatwo.
- Mogę upolować dużo mięsa. Dobrze wiesz o tym, jednak nie pozwalasz mi tego zrobić. Motywy twej decyzji wciąż są dla mnie niejasne. Dlaczego zatem pytam ponownie? - Spytał i ze spokojem czekał na odpowiedź.

Tängal:
Hellgate kwatera płk. Miles'a Quaritch'a:
 - Nie uczyli was plutonowa w szkole, że należy pukać przed wejściem? Wiem, że papier macie fantastyczne, ale to nie zwalnia cię z dobrego wychowania. - powitał ją, ale oderwał się znad papierów dopiero chwile później.
 - Zamknij proszę drzwi, bo to co ci teraz przekażę powinno pozostać tajemnicą.

Hellgate laboratoria:
W tej części bazy było wyjątkowo jasno i przyjemnie ciepło. O tej porze krzątało się tu wiele osób. Każdy jednak robił swoje odzywając się z rzadka. Panowała więc względna cisza. Sprzęt lekko szumiał, cicho.  Czasem ktoś zagadał do przyjaciół obok, czasem ktoś coś upuścił klnąc przy tym od nosem. W powietrzu unosił się silny mało przyjemny zapach rozmaitych odczynników, a niekiedy, w niektórych, bardziej zamkniętych częściach laboratorium, dość specyficzny zapach czystego powietrza. Z początku zdawał się on dość dziwny, lecz po chwili można było sobie uświadomić, że ten "zapach" jest w sumie niczym więcej jak barkiem jakiegokolwiek zapachu.
 - O witaj Mat, miło cię widzieć. - zagadnął go Max - Pewnie jesteś ciekaw co z twoim awatarem? Nie uwierzysz, ale tylko łącze wysiadło. Nie naprawimy go bez części z Ziemi, ale powinieneś dać radę połączyć się z innego stanowiska. Przygotowaliśmy ci czwórkę. Przygotuj się, bo podobno szykuje się jakiś większy wypad, więc pewnie cię wezmą.

Domowe drzewo:
Eytukan wyrwał się z zamyślenia. Spojrzał na Txepniäyu. Chwycił go za ramię i odciągnął na stronę, nie była to rozmowa o której powinien wiedzieć cały klan.
 - Kä txo nga nivew kivä slä Peyralhu kivä. Ra'a kä nì'awtu. Vi'ari tsngerawvatsìk nìtxan. - wskazał rozpaczającą kobietę. - Pol tìtusaronit fnan kop. Kxawm tìtusaronìl tìkeftxoti srung sìyevi tswiva'. Taron nìzawnong, aynga zene flivä! Ulte ra'a kä tsenge a fo kamä. - wskazał myśliwych z rannym.

rodrygo:
Peyral, Drzewo Domowe



No, cóż, jak wszyscy to wszyscy – pomyślała Peyral szykując się do wyruszenia na polowanie. Wolała wprawdzie zostać w osadzie aby opiekować się rannymi, ale najwyraźniej do zdobycia pożywienia należało zaangażować wszystkich członków klanu. Było to ważne polowanie i szykowali się do niego nawet bardzo młodzi Na’vi. Obok niej pewien młody łowca szykował broń. Wyglądał mocno niepewnie usiłując załadować na grzbiet ikrana dwa łuki, mnóstwo strzał, noże, bolo, maczugi i jeszcze parę groźnie wyglądających przedmiotów. Postanowiła go trochę pocieszyć.

- Ma tsmukan, nga lu win sì  txur, ngeyä swizaw nìngay tivakuk.

Starał się nie pokazać tego, ale jej słowa dodały mu odwagi. Odpowiedział tradycyjną formułą
-
Irayo ma tsmuke. Nga na’viru yomtìyìng

Nawma Tutan:
Albrecht von Donnenberg
Hellgate Laboratoria

Albrecht doszedł, po długim błądzeniu, do laboratoriów. Pierwsze co rzuciło mu się w oczy, to te dziwne komory do łączenia się z awatarami. Chodził między naukowcami, którzy nie zwracali na niego uwagi.

Kiedy zobaczył dr Grace Augustine, ta kończyła papierosa. Zobaczyła go i wykonała gest głową, by podszedł. Albrecht poczuł zdenerwowanie, jednak podszedł i podał jej rękę.

Tängal:
Hellgate laboratoria:
Grace uścisnęła jego dłoń, choć nie miała tego w zwyczaju.
 - Powiadają, że znasz się całkiem dobrze na rozmowach z ludźmi. Wiesz w ogóle cokolwiek na temat Na'vi, znasz ich język, kulturę? Ile trenowałeś?

Domowe drzewo:
Do Peyral podbiegło jedno z bawiących się beztrosko dzieci.
 - Nga tayaron srak?
Zaraz podbiegła jeszcze mała dziewczynka, która też się wcześniej bawiła.
- Oe new tivaron kop! Tsun kivä ngahu srak?
- Rutxe, teykaron moeru! - zaczęły krzyczeć razem dzieci.

Navigation

[0] Message Index

[#] Next page

[*] Previous page

Go to full version