International / Multilingual > Role Playing

Sìrol hufweyä

(1/55) > >>

Tängal:
Domowe drzewo:
Eytukan stał i patrzył na powrót kolejnej grupki myśliwych. Z ich smutnych twarzy widział, że polowanie wcale nie było owocne. Nie musiał się nawet pytać. Niestety coraz częstrzy widok ostatnimi czasy. Od kiedy pojawili się ludzie nieba było coraz gorzej. Wycinali las, płoszyli zwierzęta, zapuszczali się dalej i dalej. Ciężko zrozumieć ich motywy. Zaatakować, wyprzeć, zmusić do cofnięcia? Możnaby spróbować, ale to raczej jest skazane na niepowodzenie. Możliwe, że część myśliwych już w desperacji próbowała się porywać na mniejsze grupy ludzi nieba. Jak mogliby na to zareagować? Nie mówiło się o tym otwarcie, ale on miał pełną swiadomość. Zaczynał grozić im głód i coś trzeba było z tym zrobić, szybko. Niedawno wyraził w tajemnicy zgodę by jedna z grup najbardziej zaufanych myśliwych zapuściła się na tereny sąsiedniego klanu. Było to niebezpieczne. Tamci nie wchodzili na ich ziemie. Sami też zapewne nie mieli za dużo żywności, więc gdyby złapali myśliwych, mogliby chcieć w odwecie wypowiedzić wojnę. Może nie za pierwszy razem, w każdym razie polowanie na ich terenie na pewno nie mogło być rozwiązaniem, które mogłoby trwać dłużej. Niestety jedynym na teraz.
Gdy stał tak zamyślony i zapatrzony w odległe drzewa jedna z myśliwych wracająca właśnie z kolenego bezowoncego polowania podeszła do niego:
 - Tìtusaronìri sawtute to ayyerik ftue lu set. - odezwała się jakby chcąc usprawiedliwić swoje niepowodzenie
 - Srane ma tsmuk. - odparł nieodrywając oczu od odległych drzew
Widział już jak wracają. Coś niosą, tylko co. Byli narazie za daleko, a jego stare oczy nie widziały już tak dobrze w dal jak kiedyś. Cały czas miał jednak nadzieję, ale im bardziej się zbliżali, tym bardziej rosło poruszenie wśród ludzi. To nie mogło oznaczać nic dobrego. Dziewczyna, która jeszcze chwilę temu zamieniła z nim kilka słów teraz z przerażeniem wręcz rzuciła się w stonę przybyłych. Dwóch nisło trzeciego na noszach skleconych na prędce z kilku połamanych gałęzi. Dwóch pozostałych szło obok niosąc jego rzeczy. Biedak miał rozcięty prawie cały brzuch.
 - Ma Seytsu! Ma Seytsu ayawne! - szlochała nad nim dziewczyna
 - Pori rey ma tsmuk slä Tsahikä srungit kin. - odparł smutnym lecz usiłującym uspokoić głosem jeden z niosących, opuszczając nosza
Jedno cięcie, więc nie szpony, tylko nóż. Eytukan miał już pewność. Niedość, że nic nie udało sie upolować, to teraz jeszcze tamci wiedzą. Gorzej być nie mogło.

Hellgate kwatera płk. Miles'a Quaritch'a:
Quaritch przeglądał kolejny raport. Nie było zbyt radośnie. Kolejne zaginięcia jego ludzi. To już stawało się plagą. Tylko ostatnio 7 przypadków ataków tych malp, znaczy przynajmniej ktoś przeżył i wrócił by potwierdzić, 14 przypadków zagninięcia całej grupy, przy czym tylko w dwóch odnaleziono ciała. Do tego jeszcze ta Grace, która ostatnimi czasy ciągle truła o jakiemś porozumieniu, szkole i takich tam. Niby o czym? Czy ona nie widzi, że ją opieką nad ogniskiem i zjedzą? Eh, krótkowzroczna idiotka. Nie, nie może być żadnych negocjacji. To nic nie da. Może na trochę, ale na pewno nie na dłużej. Trzeba będzie sprawę rozwiązać konkretnie, raz a dobrze, po żołniersku. Nie może wdawać się w długie zabawy z nimi, bo straci wszystkich ludzi. Ale to nie dla jajogłowych, oni tego nie ogarniają. Zaraz będą truć o potrzebie pojednania z małpami i świętymi paprotkami. Grace chciała sobie strzelić szkolę, te papiery jak wszystkie też przeszły przez jego ręce. Po kiego jej szkoła? Choć z drugiej strony może to i lepiej będzie miał małpy w jednym miejscu i nie da im zrobić partyzantki. Nie będzie musiał za nimi ganiać po lesie. W sumie dobry plan. Niechaj Grace się bawi w te swoje szkoly, ale on będzie miał ją na oku. Cicho i dyskretnie. Niechaj myśli sobie, że wszystko jest cacy, a świat różowy i pachnie fiołkami. Narazie jednak przydałoby się zrobić coś w temacie chwilowego bezpieczeństwa. Zwiększyć ilość ochrony? W sumie to nawet nienajgorszy pomysł, powinien chwilowo pomóc.

Hellgate kantyna:
Rozmowy niosły sie przez całą stolowkę, głosów było tyle, że nie można było wyodrębnić jakiegoś jednego najbardziej się wróżniającego. Wszystkie zlewały się w jedną melodię, która zdawała się nie mieć słów, choć przecież to słowa właśnie ja tworzyły. Drugim elementem jakze harakterystycznm dla tego miejsca była mieszanka zapachów różnorodnych dań, które tu serwowano. Menu choć skromne z racji ograniczonych możliwości, było wyjątkowo zróżnicowane, więc każdy mógł znaleźć coś dla siebie.
Do stolika, przy którym siedziała i jadła swój obiad plut. Kendra Keller podzszedł właśnie jeden z szeregowych. Dobrze ja pamietał. Próbował kiedyś być wobec niej miły i przyjacielski, ale to skończyło się nienajlepiej. Z tej przyczyny właśnie wolał być zdecydowanie oficjalny. Wyprostował sie więc, stanał na baczność i zasalutował. Miał nadzieję, że go nie pamięta. W teorii powinien zaczekać, aż oficer mu odsalutuje, jednak ponieważ sytuaja była dla niego dość niezręczna i krępująca, popełnił gafę o wypalił swoją kwestię bez czekania.
 - Pułkownik Quaritch kazał stawić się pani w swojej kwaterze.

Tireaniawtu:
Kendra Keller:

     Kendra uniosła wzrok znad posiłku. Od razu rozpoznała delikwenta. Jej oczy przybrały złowrogi wyraz, lecz zaraz po chwili uśmiechnęła się i wróciła do posiłku. W tym momencie szeregowy zrozumiał co zrobił i co go czeka. Stał na baczność z ręką przy skroni i czekał. Nie mógł opuścić jej dopóki starsza stopniem osoba tego nie zrobi. Mijała sekunda za sekundą. Kendra nieśpiesznie jadła kęs po kęsie. Niemal słyszała trzask jego kiszek skręcających się z głodu. Po kilku minutach skończyła. Wtedy wyjęła wykałaczkę i zaczęła czyścić zęby. Wydłużyło to czas oczekiwania o drugie tyle. Ostatecznie po 8 minutach wstała i odsalutowała. Szeregowy usiadł wreszcie i odetchnął z ulgą. Po chwili dostał rozkaz:
-Szeregowy zanim zaczniecie jeść uprzątnijcie trochę ten stół. Syf się zrobił. - Po tych słowach obróciła się na pięcie i ruszyła w stronę windy. Po krótkiej jeździe w górę i przejściu kilku korytarzy stanęła przed drzwiami do biura Quaritch'a. Poprawiła mundur, nogawki, otworzyła drzwi i weszła do środka.
- Plutonowa Kendra Keller melduje się! - wykrzyknęła.

Na'rìngyä vrrtep:
Hellgate
Mat wyszedł ze swojego niewielkiego pokoju. Ostatnio miał mnóstwo wolnego czasu, z powodu problemów związanych z jego avatarem. Coś poszło nie tak i naukowcy nie potrafili go podłączyć. Dzisiaj jednak miał podobno nastąpić przełom. I dobrze, bo Matowi zaczynało się nudzić, odbywał co prawda regularne ćwiczenia i często odwiedzał strzelnice. Gdy tylko mógł wkręcał się na patrole, zarówno naziemne, jak i te z powietrza. Jednak nie było to to czego oczekiwał od Pandory.

Mat zamknął za sobą drzwi i udał się w stronę laboratoriów, by zapytać się czy ekipa wreszcie poradziła sobie z jego avatarem...

Nawma Tutan:
Albrecht von Donnenberg
Hellgate

  Albrecht siedział na skraju łóżka i myślał, nad czekającymi go wydarzeniami i problemami. Na Pandorę przybyli w nocy, więc odbyła się tylko grupowa odprawa prowadzona przez Quaritch'a. Już na początku jego wykładu Albrecht zrozumiał, co będzie jednym z większych problemów. Dostał później informację na temat dnia dzisiejszego. Rano ma tylko spotkanie z dr Grace Augustine i próbne połączenie z avatarem. Spotkanie z Parkerem i Quaritch'em ma wieczorem.
  Wstał więc, ubrał się i wyszedł z pokoju. Zerknął na plan bazy i spokojnym krokiem, ruszył w kierunku pomieszczenia łączenia się z avatarami. 

rodrygo:
Od rana Peyral dyżurowała przy palenisku. Było to ważne zajęcie dla wszystkich Na’vi – nie chodziło tu tylko o gotowanie jedzenia. Z utrzymywaniem ognia, odbieraniem upolowanych zwierząt, podziałem upieczonego mięsa wiązało się wiele rytuałów i czynności te mogły być wykonywane jedynie przez doświadczonych członków plemienia.
Atmosfera przy palenisku nie była najlepsza. Wszyscy wiedzieli że polowania dostarczają coraz mniej pożywienia; niewielka ilość mięsa yerika leżąca na rozgrzanych kamieniach też nie wróżyła obfitej uczty. Peyral dobrze rozumiała jakie rozterki przeżywać musiał Eytukan. W historii Omatikaya zdarzały się już okresy niedostatku, teraz jednak dołączył niepokój i lęk o przyszłość.
W pobliżu przebiegła gromadka dzieci. One niewiele  rozumiały, ale im też udzielił się niepokój. Jeden z chłopców, najwyraźniej o coś rozgniewany, zawołał do swojego kolegi:

Wäpan!  Sawtute za’u!SpoilerUkryj się, nadchodzą Ludzie Nieba
Peyral zamyśliła się. Nie możemy ukryć się przed ludźmi nieba. Prędzej czy później trzeba będzie stawić im czoło.

Navigation

[0] Message Index

[#] Next page

Go to full version